11:14

Sygnały z ciała

Sygnały z ciała
Idziemy przez życie trzymając w naszych ciałach wiele traum. Każda z nich jest wryta tak głęboko, że nawet nie mamy pojęcia o ich istnieniu. Nasze ciała są spięte, ciągle w gotowości. Gotowe by wziąć unik, by schować się w kąt, usunąć w cień, uciec jak najdalej.
Nasze ciało jest jak kilkutomowa saga, jest w nim zapisane wszystko, my nie pamiętamy, ale ono ma zapisane najdrobniejszy szczegół naszego życia.
Nasze ciała są piękne, czytelne, prawdziwe.

Pamiętam co działo się z moim ciałem, zanim poszłam na terapię. Zaciśnięte szczęki, ból pleców, głowy...wieczny ból głowy, mdłości, wymioty, ból brzucha, bolały mnie ręce. Moje ciało dawało mi sygnały, a ja go nie rozumiałam. Nie byłam w stanie ich oczytać. Brałam tabletkę za tabletką, chodziłam do lekarza i nic się nie zmieniało. Na chwilę ból znikał, by po chwili pojawić się ponownie. Mój organizm był wykończony tym, że go nie słuchałam.

Kiedy uczestniczyłam w terapii nie działo się wcale lepiej, wchodziłam w interakcję z tym co mówili uczestnicy, otwierało się to, co było zablokowane przez 30 lat. Bóle się nasilały, lecz ja pomimo lęku, czułam, ze robię to co przyniesie mi korzyści.

Strach był przeogromny, moje zaciśnięte szczęki, mówił to czego mówić nie wolno było. Mówiły o tym, co się działo w moim domu, o bólu, bezradności, o nienawiści, o żalu i złości. Mówiły i mówiły, aż przestały być zaciśnięte, zrzuciłam ciężar z pleców, ramion i zrzuciłam 12kg. Moje dłonie mogły oddać część obowiązków mężowi i dzieciom, ponieważ zrozumiałam, że nie tylko ja jestem za wszystko odpowiedzialna, co za tym idzie, ból minął. Nudności i ból głowy jeszcze przez kilka lat mi towarzyszyły, ale wiedziałam, że są dla mnie informacją, że pokazują mi stłumioną złość, żal, że nie mówię tego co myślę.

A myślałam, że byłam:
  • krzywdzona;
  • oszukiwana;
  • odrzucana;
  • samotna (co opisuję w poście "Samotność"
  • lekceważona przez innych, ale też przez samą siebie;
  • nie brano mnie pod uwagę.

NIE MIAŁAM W SOBIE NA TO WSZYSTKO ZGODY.  I moje ciało pokazywało mi to, co wypierałam.

Kochani większość z nas (tak mi się wydaje) w pewnym momencie życia czuje, że wszystko się rozsypuje, że nie ma porządku, jest tylko chaos, strach, beznadzieja, wszystko traci sens. Już nie masz siły naprawiać relacji z bliskimi ci osobami, nie masz siły chodzić do pracy, czujesz, że życie przecieka ci przez palce, to jest moment, kiedy możesz odnaleźć siebie. Twoje ciało wysyła ci sygnały, wsłuchaj się w nie i szukaj odpowiedzi.

Już czas by poukładać rozsypane puzzle w jedną całość!
U mnie, na tylu płaszczyznach był bałagan, jak tu naprawiłam, to sam się rozleciało. W końcu przyjrzałam się każdej sferze mojego życia.

Ostatnio czułam napięcie w ciele. Zastanawiałam się o co chodzi, co mi to napięcie pokazuje. Uświadomiłam sobie, że jedno z moich dzieci uświadomiło mi moje wspomnienie z dzieciństwa. Dzieci są lustrem, powtórzę to kolejny raz!

Zobaczyłam obraz dziewczynki, którą jedno z rodziców zabiera do miasta na zakupy. W tej małej główce było tyle pragnień związanych z tym wyjazdem. Tyle potrzeb, jedna za drugą kłębiły się w jej myślach. Noc przed tą wyprawą nie mogła spać, tak była podekscytowana. Będąc już w mieście rodzic kupił wszystko co zamierzał i może nawet mała Justynka dostała loda, zapiekankę lub lizaka, ale nie dostała tego co było w jej główce, mówiła nieśmiało mamie/tacie, ale nie wprost, bo najwyraźniej tyle razy była zbywana, że nie odważyła się prosić. W drodze do domu siedziała spięta i obrażona, jej nogi, ręce, plecki, wszystko było napięte ze złości, której nie umiała ukazać. Myślała, że rodzice zauważą jej sygnały, że będą czytać w jej myślach, że pokaże jaka jest zła, zawiedziona, ale nikt jej nie widział.

I to do niej wróciłam tym razem, ją przytuliłam, stworzyłam przestrzeń, aby mogła się złościć i powiedzieć co chce, co czuje.
Blokady puściły, mięśnie się rozluźniły. Czułam się słaba, ale jak miałam się czuć?!?! Wcale mnie to nie zdziwiło, doskonale wiedziałam co się dzieje z moim ciałem, pomimo  tego, że czułam się jakby rozjechała mnie ciężarówka, to miałam świadomość, że puściłam coś, co trzymałam w sobie przez kilkadziesiąt lat, głęboko upchnięte.
Uświadomiłam sobie, jak przekazuję informację o tym, czego chcę, w jaki sposób to robię. Komunikat nie zawsze był czytelny, a zwłaszcza kiedy, jechaliśmy z rodziną na wakacje. W mojej głowie był plan, którego moja rodzina nie znała albo przekazywałam informację w taki sposób, że nie byłam brana pod uwagę. Nie rzadko wracałam z podróży zawiedziona.

Każdy z nas ma poupychane w ciele wspomnienia, tragedie, zły dotyk, ...
Mimo, że nasz umysł to wyparł, nasze ciało to pamięta. Wsłuchajmy się w nie. Daje nam cenne wskazówki.



Jeżeli przechodzisz podobny proces, a boisz się być w nim sam lub z jakiegoś powodu nie czujesz się bezpiecznie, to mogę ci towarzyszyć. Zapraszam cię na sesję.

13:27

Maski

Maski
Co nam dają maski, które zakładamy?

Złudne uczucie, że nikt nas nie skrzywdzi.
Wrażenie, że mamy wszystko pod kontrolą (między innymi nasze emocje).

Wysyłamy sygnał na zewnątrz, który jest nieadekwatny do tego co jest u nas prawdziwe.
Maski są naszą tarczą obronną, która ma nas chronić przede wszystkim przed otoczeniem, przed bliskimi.

 Oj długo nosiłam maski, zakładałam jedną na drugą, zmieniałam i wiecie co? Nie byłam tego świadoma! Nie byłam świadoma, że pod spodem ukrywam prawdziwą siebie. Nie wiedziałam, że zakładam maskę zadowolonej, kiedy wcale nie czułam się dobrze, maskę silnej, niezniszczalnej kobiety, kiedy w środku mnie wszystko krzyczało, że już nie mam siły, nie daję rady, maskę pewnej siebie, wszystko wiedzącej, a w głowie chaos i pustka, na przemian.

A idź pan w cholerę z maskami!!! Ile ja przez nie traciłam.
Może i nikt mnie nie skrzywdził, bo nie miał ochoty do mnie podejść, a może krzywdził, tylko ja, zamiast się temu przyjrzeć zakładałam następną i następną i w końcu zrobiła się tak gruba warstwa tych przyklejonych nieszczerych masek, że nie wytrzymałam i postanowiłam je zrzucić.
Dopiero wtedy dotarło do mnie ile ja przez nie tracę. Na przykład: radość z poznawania nowych osób (teraz poznaję całe mnóstwo wyjątkowych osób). Kiedy zrzucamy maski to przyciągamy takie osoby, które rezonują z nami, prawdziwymi, przy których nie trzeba udawać, bo już nie zakładamy fałszu, sztucznego uśmiechu, maski porcelanowej lalki, tylko okazujemy siebie takimi jakimi jesteśmy.

Gdy rozpiera mnie energia to to pokazuję, bywa, że ta energia, aż się ze mnie wylewa, bawię się, tańczę, śmieję, uśmiecham, zaczepiam, jestem cała radosna. Kiedy czuję smutek, żal, a może nie mam na coś zgody, to można mnie czytać jak z książki i wszystko się wyczyta - bo nie zakładam maski.
Jeśli się złoszczę, to się złoszczę, już nie zamiatam tego pod dywan, bo ile można, szkoda życia na zamiatanie. :)

Wiecie co, gdy zakładałam maski, to dostawałam w prezencie takie praktyczne rzeczy, bo wtedy taką też siebie pokazywałam, twarda, konkretna. Dostawałam zestaw szklanek, patelnie, dużą i ciężką biżuterię. I nikt nie wiedział, nawet przez myśl im nie przeszło, że ja lubię delikatne świecidełka, że wolę kwiaty z łąki, bukiet tulipanów, zamiast bukietu z kwiaciarni za 100zł.
No, ale jak zaczęłam być sobą to zaczęło się zmieniać, dostałam rolki na urodziny od dzieci, delikatną biżuterię, kwiaty są w naszym wazonie przez cały rok, dbamy o to oboje z mężem. W zeszłym roku dostałam kolorowankę na urodziny, a niedawno zostałam zaproszona przez męża na koncert Enrique Iglesias, ponieważ takie rytmy mnie przyciągają.
Nie bójmy się pokazać jacy jesteśmy, mówić co lubimy, czego nie lubimy. Nie bójmy się śmiać, kiedy mamy ochotę i płakać, gdy czujemy, że jest taka potrzeba. Dajmy się poznać światu i sobie, a dostaniemy to, co do nas pasuje i co z nami rezonuje.


Zakładasz Maski? Nie wiesz lub nie udaje ci się ich zrzucić, boisz się, co ludzie powiedzą, boisz się, że nie poradzisz sobie, że zostaniesz skrzywdzona/ skrzywdzony, ale masz już dość ukrywania się za nimi, chcesz wsparcia? Zapraszam cię na sesje.

Zapraszam was do komentowania.

11:18

Prawda może boleć, ale...

Prawda może boleć, ale...
Jeżeli jesteś osobą, której w dzieciństwie odmówiono prawa do godności,
Jeżeli jesteś osobą, której w dzieciństwie odmówiono szacunku i uwagi,
Jeżeli jesteś dorosłym, którego w dzieciństwie upokarzano, wyśmiewano, z którego zdaniem się nie liczono, to jest to całkiem możliwe, że jako dorosły człowiek będziesz z pozycji siły bronić się przed lękiem tkwiącego w tobie zdezorientowanego, wypłoszonego, zranionego dziecka.

Będziesz dążył/a do tego, by ktoś kto jest dla ciebie lustrem, poczuł się tak jak ty czułeś/łaś się w dzieciństwie. Postawisz go przed ''sądem''swoich osądów i zrobisz wszystko, a przynajmniej dużo, by poniósł karę. Tak jak ty, kiedy byłeś/łaś małym dzieckiem.

Jak reagujesz na kogoś kto płacze? Czy ty mogłeś/łaś pozwolić sobie na płacz?
Jak się czujesz w towarzystwie osoby pewnej siebie, znającej swoją wartość, co o tej osobie myślisz?
Co ona w tobie wywołuje?
Jeżeli ktoś wyraża swoje zdanie odważnie mówi co myśli, to jaka jest twoja reakcja na tą osobę?
Zauważ co się z tobą dzieje, kiedy ktoś mówi prawdę (swoją prawdę, a każdy może mieć inną), a ty się z tym nie zgadzasz, jakie emocje ci towarzyszą?

Zanurz się w nie, pozwól by przepłynęły przez twoje ciało, pozwól je sobie poczuć, pomacaj się z nimi.

 Jest tyle okazji do zajrzenia w siebie. Każda osoba, która staje na naszej drodze i wywołuje w nas emocje, jest zaproszeniem do tego by spotkać się z naszym cieniem.
My często boimy się tam zajrzeć i z pozycji siły zastraszamy, wbijamy w poczucie winy, manipulujemy, robimy wszystko by tylko nie dotknąć tego bólu, który pali nas od środka. Nie mamy odwagi by spojrzeć na to dziecko w nas i dostrzec jego cierpienie, a ono woła o uwagę. Chce być zauważone, usłyszane, chce się czuć bezpiecznie.

Rzeczywiście czasami PRAWDA może boleć, ale w efekcie zawsze leczy.

Dla mnie jest to wartość sama w sobie.
Czy jest to łatwe?  NIE!!! Czasami ból jest większy niż strach i na odwrót, bywa bardzo ciężko, można wylać może łez, zaleje cię fala smutku lub żalu. Ja często wchodzę tam gdzie byłam odrzucana, niewidziana, nieakceptowana. Jednak warto, wtedy te porozrzucane puzzelki układają się w jedna całość. 


05:02

Bezwarunkowa miłość

Bezwarunkowa miłość
Żyjmy w zgodzie !
Obdarzajmy się bezwarunkową miłością !
Akceptacja bez granic !
Wybaczajmy !

To hasła, którymi nas wabią. Nie dla jednej osoby jest to cel, cel nie do osiągnięcia i wcale mnie to nie dziwi...
Nie rzadko zatracamy siebie dążąc do bycia ideałem. Do pewnego momentu panował chaos w moim życiu, ale to był dobrze znany mi chaos, więc to co znane, było dla mnie bezpieczne (przynajmniej tak mi się wtedy wydawało).
W tamtym czasie towarzyszyły mi takie przekonania:
starszy mądrzejszy,
starszy ma zawsze racje,
lepiej przemilczeć, niż się pokłócić,
jak sobie pościelisz tak się wyśpisz (czyli raz podjęta decyzja, ciąży całe życie),
robić dobrą minę do złej gry,
brudy prać w domu.
Mogłabym tak wymieniać i wymieniać.

Kiedy podjęłam decyzje, że moje życie musi się zmienić, bo tak dłużej nie mogę funkcjonować, wiecznie w napięciu, lęku to chciałam z całego serca być sobą. Ale jak to zrobić kiedy nigdy sobą nie mogłam być?! Kiedy moje naturalne reakcje, emocje były ignorowane i wyśmiewane. Więc hasła, które wypisałam wyżej były jak lep na muchy, a ponieważ często mi nie wierzono, to nie ufałam sobie i temu co czuję. Można mną było manipulować. Wszystko to co czytałam, słyszałam na szkoleniach i warsztatach brałam za prawdę pomimo wewnętrznego sprzeciwu. Kiedy czułam złość, wmawiałam sobie, że teraz to już ''powinnam'' żyć z wszystkimi w zgodzie, każdego starałam się zrozumieć, nie biorąc siebie pod uwagę.

Znowu po raz kolejny w moim życiu wybrałam kogoś, a nie siebie.
Tłumaczyłam sobie, że ja tak mało wiem o życiu, że prowadzący szkolenia, przedstawiciele grup, mentorzy, autorzy książek, nauczyciele wiedza lepiej. Wierzyłam w bezwarunkową miłość, w akceptacje bez granic, ponieważ bardzo tęskniłam za tym. Dlatego te hasła tak mnie przyciągały. Z jednej strony miało to sens, wybaczenie, pogodzenie się, a z drugiej strony czułam niezgodę, wewnętrznie kłóciłam się z tym co mi znowu było narzucane, a ja nie świadoma swoich mechanizmów brałam to.

Pracując ze sobą, z moim wewnętrznym dzieckiem, zaczęłam się scalać, już nie byłam oddzielona od siebie. Więc nie można już było wrzucić do mojego wnętrza bylejakości. Zaczęłam odrzucać ziarno od plew. Będąc na warsztacie, zaobserwowałam osobę prowadzącą, która wręcz zmuszała uczestnika by wtulił się w reprezentanta ojca i się z nim pojednał. Uczestnik głośno odmawiał, jednak po namowach prowadzącej ustąpił i sparaliżowany przytulił się.
Czułam oburzenie i niezgodę. Zdałam sobie sprawę, jaką krzywdę mogą zrobić osoby, które mają po blokowane swoje emocje. Zrozumiałam, że nie chcę wybaczyć na rozum, bo taka jest idea. Że bezwarunkowo to kocham tylko dzieci, że akceptuję druga osobę, ale też umiem  dbać o siebie i moja rodzinę, że nie wpuszczam każdego do mojej przestrzeni, ponieważ już coraz bardziej jestem świadoma tego co jest dla mnie dobre i co mi służy, a co nie jest i może wyrządzić mnie i moim bliskim krzywdę.
Widzę, że nie jest prawdą, że osoby, które są autorytetem w społeczeństwie mniejszym lub większym zawsze mają racje i postępują właściwie.

Nie idę już ślepo przez świat, rozglądam się moimi bystrymi oczami, znajduję piękne wartości, a to, co wartością dla mnie nie jest, odrzucam.
Ufam swojej intuicji.

Pozdrawiam cię serdecznie i zapraszam do komentowania.


11:10

Szantaż emocjonalny

Szantaż emocjonalny
Kto z nas go nie doświadczył? Kto z nas go nie stosował?

Jest on obecny w naszym życiu, w naszych związkach, w relacjach, ponieważ, jesteśmy nauczeni, że takie, a nie inne reakcje, na nasze lub kogoś reakcje są naturalne.
Kto z was odpuścił, ponieważ szantażysta zaczął krzyczeć, obrażać, dąsać się, oskarżać, grozić, że zabierze dzieci, pieniądze, odejdzie?!
Kto z was zrezygnował z wyjazdu, szkolenia, wyjścia do kina, ponieważ był wbijany w poczucie winy i nazywany egoistą?!
Kto odpuszczał dla ''świętego spokoju" zdradzając samego siebie?!


Gdy szantażysta atakuje, próbujemy  za wszelką cenę odeprzeć atak, usprawiedliwiać się, bronić. Staramy się czytać w jego/jej myślach, dociec o co chodzi? Skąd taka reakcja i mimo, iż wiemy, że nie zrobiliśmy nic złego, to jednak czujemy ciężar i lęk. Paraliżujący lęk!!!
Ponieważ wielokrotnie w naszym życiu byliśmy oskarżani o coś czego nie zrobiliśmy, byliśmy wbijanie w poczucie winy, z czasem przestaliśmy odróżniać co jest prawdą, a co jest nam narzucone i wmówione.

To nic nie da, takie wzajemne obarczanie siebie winą, bronienie się i tłumaczenie. Kiedy szantażysta napiera na ciebie, wywiera presję, to zmień taktykę.

Chciałabym w tym miejscu wyjaśnić, że mowa jest o szantażu emocjonalnym, a nie o przemocy fizycznej. Jeżeli ktoś stosuje wobec ciebie przemoc fizyczną to nie podlega to dyskusji, postaraj się zorganizować pomoc, zadbaj o siebie, zgłoś się do odpowiednich służb!!!

To twój wybór czy będziesz dorzucać do tego ognia, czy odetniesz zasilanie i ogień wygaśnie. Bo gdy wchodzisz w dyskusję z szantażystą to tylko rozpalasz jeszcze bardziej ten ogień, broniąc się, tłumacząc, obwiniając, dorzucasz tym samym drewno do pieca, który i tak już ma wysoką temperaturę. I możesz się poparzyć.

Możesz zacząć stosować niedefensywną komunikację stosując krótkie zdania:

  • Przykro mi, że się martwisz.
  • Mogę zrozumieć, dlaczego tak to widzisz. 
  • To interesujące.
  • Naprawdę?
  • Krzyki/groźby/wycofywanie się/płacz nie będą już skuteczne i niczego nie rozwiążą.
  • Porozmawiamy,gdy poczujesz się spokojniejszy/spokojniejsza.
  • Nie będę z tobą rozmawiać, jeśli będziesz mnie obrażał/obrażała.
  • Przykro mi, że tak uważasz.
  • Przykro mi, że tak to widzisz.  
W ten sposób odcinasz zasilanie.
Zachowanie szantażysty może, ale nie musi się zmienić, jednak to co ty zrobisz, będzie naprawdę zdrową reakcją. Wzrośnie twój szacunek do samego siebie/do samej siebie.
Susan Forward w książce pt. ''Szantaż emocjonalny'' pisze;
''Nie spodziewaj się wielkich zmian w jego osobowości, nawet jeśli zaczyna zauważać, co robi, i chce pracować nad tym by to zmienić. Pamiętaj; Zachowanie może się zmienić. Style osobowości zazwyczaj się nie zmieniają."

Często z ust szantażysty padnie słowo "przepraszam" i obietnica poprawy. Jednak są to w większości przypadków słowa rzucane na wiatr. Słowa ''przepraszam - zmieńmy temat lub przepraszam - nie mówmy już o tym" niczego nie załatwią. Jest to ''zamiatanie pod dywan'' i nie branie za siebie odpowiedzialności.

Jeżeli osoba, która cię zastrasza, manipuluje tobą, kontroluje cię, wyraża chęć zmiany, to także przyjmuje odpowiedzialność za to co robi lub zrobiła, uczy się innych (zdrowych) zachowań, potrafi się przyznać, że to jak się zachowywała mogło sprawić ci ból i ranić ciebie. Jest gotowa szukać rozwiązań na zewnątrz, jeżeli nie umie sobie sama poradzić ze zmianą zachowań, eliminuje je konsekwentnie. 
Te zmiany dotyczą i osoby szantażysty, jak i również osoby szantażowanej.

Więc jeszcze raz napiszę, że samo ''przepraszam'' niczego nie zmieni, a czasem nawet czujesz się poniżony(a) i upokorzony(a), gdy zostałeś(aś) wyzwany(a), oskarżany(a), potraktowany(a) w sposób podły i po tym wszystkim słyszysz ''przepraszam".

Nie ważne czy jesteś szantażystą czy osobą szantażowaną, nosisz w sobie rany, które trzeba wyleczyć. Między innymi dlatego są takie, a nie inne twoje zachowania. Lęk przed samotnością, strach przed porzuceniem, odrzuceniem, brak poczucia własnej wartości, brak wiary, że to co myślimy jest słuszne i że ktoś kto chce świadomie lub nie, nas zranić, manipulować nami będzie to wykorzystywał przeciwko nam. Szantażysta także ma swoje lęki, boi się, że zostanie sam i dlatego się tak zachowuje.

Tu jest potrzebna decyzja o zmianie, decyzja o pracy nad sobą i związkiem/relacją, a także zmiana nawyków i przekonań. Zauważenie problemu.

Ps. Post ten napisałam w oparciu o treść książki Susan Forward ''Szantaż emocjonalny".
Zapraszam was do dzielenia się przemyśleniami w komentarzu, a także jeśli uważasz, że komuś może pomóc to co tu napisałam o udostępnienie posta.

12:36

Bądź przygotowana

Bądź przygotowana
Często w naszym życiu zdarzają się sytuacje, w których czujemy się przyparci do muru. Mimo naszych najszczerszych chęci nie umiemy odmówić, powiedzieć stanowczo NIE. Zgadzając się na pewne rzeczy, zdradzamy siebie, a chcąc odmówić, mamy poczucie winy. 
Nie wiemy jak to zrobić!

Zbliżają się święta, chcesz spędzić je tak jak sobie zaplanowałaś/łeś. Na łonie natury, a może masz zaplanowany wyjazd do Krakowa lub wycieczkę rowerową....mmm było by miło;)
No tak, dzwoni mama, siostra, no i jak co roku wpraszają się na obiad lub tradycyjnie wszyscy spotykacie się u rodziców. Ciężko ci odmówić, przecież i tak rzadko się spotykacie.
W głowie masz mętlik, czujesz, że nie tego chcesz. Tyle razy układałaś sobie w głowie rozmowę z nimi, a jak już do niej dochodzi, to wszystko ci z niej wyparowuje.

Rodzice rzadko cię odwiedzają, jednak, gdy trzeba im w czymś pomóc, gdzieś zawieźć, po coś pojechać, to wtedy dzwonią do ciebie (i tylko wtedy), czujesz się wykorzystywana. Tym bardziej, że zauważasz, że tylko to ich z tobą łączy. Za każdym razem po takiej rozmowie obiecujesz sobie, że odmówisz, tym bardziej, że ci nie pasuje i musisz przeorganizować cały swój plan.
Jednak nie udaje ci się to, ponieważ masz pustkę w głowie i jesteś tylko w stanie powiedzieć: dobrze, o której mam być?

Są osoby, które nie pytają się, a wręcz przeciwnie informują o tym co masz zrobić, gdzie jechać,o której będą na obiedzie lub kawie (tylko zrób ciasto). Ty dopasowujesz się, stajesz na głowie, żeby zdążyć, często rezygnując z siebie i swojej rodziny.
Jak się z tym czujesz? 
Co możesz zrobić by to zmienić?

Możesz przykleić na szafce lub tablicy fiszki. Napisz sobie na nich gotowe odpowiedzi, które uciekają ci z głowy, gdy odbierasz telefon od takich osób.
Widząc, że dzwoni do ciebie xyz i ty wiesz z czym może być związana ta rozmowa, to zanim odbierzesz, podejdź do tablicy i miej przed sobą gotowe odpowiedzi.
Jeżeli dzwoni do ciebie w niedziele rano siostra, która ma piątkę dzieci i informuje cie, że przyjadą dziś na obiad (już trzeci raz w tym miesiącu), to możesz jej powiedzieć czytając z fiszki: zapraszam was na 16 na kawę, nie jestem przygotowana na waszą wizytę lub zapraszamy na 16 na kawę, wcześniej jesteśmy zajęci. 
Dla zrozumienia, tu chodzi o takie sytuacje, na które nie masz zgody, jeżeli uwielbiasz się gościć i spotykać  często z  kimkolwiek to nie jest to post do ciebie.

Podam jeszcze jeden przykład:
Dzwoni znajomy i mówi, że wpadną do was na kawę i pyszne ciasto, bo ty tylko takie robisz (narzucają ci to ciasto za każdym razem), a ty żeby nie było pieczesz jak szalona lub gnasz do sklepu, robiąc to kolejny raz wbrew sobie! Znowu możesz użyć fiszek i powiedzieć: zapraszamy na kawę, ale bez ciasta. 

Na tych fiszkach możesz napisać każdą odpowiedź jaka ci przyjdzie do głowy.
Masz prawo też powiedzieć, że teraz nie możesz odpowiedzieć, że chcesz to przedyskutować z mężem lub rodziną albo chcesz się zastanowić co masz do zrobienia, czy ci będzie pasować.
Daj sobie czas na odpowiedź, nie musisz wszystkiego rzucać i być zawsze dobrym samarytaninem na każde skinienie. Przecież każdy z nas ma własne życie i tak jak my mamy prawo odmówić komuś, tak i nam mają prawo odmówić inni.

Są osoby w naszym życiu, które nami manipulują, nie liczą się z naszym zdaniem, tylko dlatego, że go nie znają, ponieważ nie mówimy tego co chcemy, tylko to co wypada.
Przyszedł czas na zmiany,  na początku możesz czuć dyskomfort, to naturalne, jednak warto.
Powodzenia!

Zapraszam cię do komentowania i jeżeli uważasz, że komuś przyda się to co tu napisałam to udostępnij ten post.

11:04

TAK!

TAK!

Przez większość mojego życia uważałam, że wszystko i wszyscy byli przeciwko mnie. Byłam krytykowana, oceniana, odrzucana i samotna. Brakowało mi czasu, nigdzie się nie spóźniałam, ale wszystko robiłam w biegu. Zadania do wykonania się mnożyły, a doba miała tylko 24h. Żyłam w ciągłym napięciu, poczuciu winy, strachu i uczuciem, że nic mi się nie należy. Dźwigałam ciężary życia.

Biłam się z myślami, chciałam zmienić siebie, swój wygląd, sposób myślenia, zachowania. Nie akceptowałam siebie w ogóle.

Ciągle mówiłam sobie: NIE!
To nie życie mnie przytłaczało, tylko ja sama!
Ciągle widziałam szklankę do połowy pustą!

Aż w końcu w wieku trzydziestu lat zapragnęłam żyć, cieszyć się nim i powiedziałam sobie TAK.
➱ Mam prawo żyć.
➱ Mam prawo chcieć.
➱ Mam prawo oczekiwać.
➱ Mam prawo do szacunku, najpierw od siebie, a później od innych.
➱ Mam prawo kochać i być kochaną.
➱ Mam prawo marzyć.
➱ Zwiedzać.
➱ Czytać.
➱ Odpoczywać.
➱ Śmiać się.
➱ Płakać.
➱ Mówić prawdę.
➱ Mam prawo akceptować to, czego inni nie akceptują i nie akceptować to, co inni akceptują.
➱ Mam prawo nic nie robić lub robić wiele rzeczy naraz.
➱ Mam prawo mieć gorszy dzień.
➱ Mam prawo być szczęśliwą, kiedy inni się smucą.
➱ Mam prawo nie zgadzać się z opinią innych.
➱ Mam prawo zmieniać zdanie, mylić się, popełniać błędy.
➱ Mam prawo nie wiedzieć.
➱ Mam prawo być wrażliwa.
➱ Mogę się złościć. 
➱ Mogę być smutna.
➱ Mogę zakończyć relację, która mi nie odpowiada.
➱ Mogę mieć więcej niż jednego przyjaciela.
➱ Mogę tańczyć w deszczu.
➱ Mogę się głośno śmiać.
➱ Mogę głośno śpiewać.
➱ Mogę nawet gwizdać.

Powiedziałam sobie TAK! Cieszą mnie małe rzeczy, kocham przyrodę, drzewa, jeziora, zwierzęta.
Uwielbiam kwiaty, których kiedyś nie dostawałam, a teraz nie znikają z naszego domu. Dostaję je od męża i syna, a nawet kupuję je sobie sama. Kiedyś córki przyjechały z zakupów z kwiatami dla mnie, zrobiły to zupełnie bezinteresownie, bez żadnej okazji.
Zachwyca mnie deszcz, wiatr, słońce. Lubię słuchać, gdy śpiewają ptaki. Cieszy mnie każda pora roku. Lubię wtulić się w pościel i odpoczywać w łóżku. Kocham czas spędzony z dziećmi, na graniu w gry, rozmowach spacerach, oglądaniu razem filmów. Latem przy rozgwieżdżonym niebie, z kubkiem kakao, bujamy się na huśtawce, opowiadając sobie różne przygody. Jest to bezcenny czas, który jest mi dany z nimi. Bo kiedy jak nie TERAZ. Rozpływam się, kiedy mąż mnie przytula i szepcze do ucha miłe słowa, jestem mu wdzięczna za każdy kwiatek, który przynosi mi latem z naszego ogrodu. Moje życie zmieniło się o 180 ͒.

Gdy powiedziałam sobie TAK! Świat nabrał barw, ludzie się uśmiechają, są otwarci i mili. Zawsze mam wolne miejsce parkingowe, jestem obdarowywana i lubię obdarowywać. Świat mi sprzyja, bo ja jestem w zgodzie ze Sobą i z Nim.

Dla mnie to była jedna z lepszych decyzji, którą podjęłam w życiu. Powiedzenie sobie TAK, otworzyło przede mną drzwi na cały świat.

12:08

Wyparcie złości

Wyparcie złości

Zacznę od tego, że na temat złości mamy różne przekonania
  • Złość piękności szkodzi
  • Nie złość się tak, bo będziesz miała zmarszczki
  • Gdy się złościmy, możemy kogoś skrzywdzić
  • Złość jest niemoralna
  • Dziewczynki się nie złoszczą
Takie przekonania mają potężną moc! Blokują nas przed wyrażaniem złości. Uruchamiają machinę wyparcia i zaprzeczeń. Najgorsze jest to, że często nie jesteśmy świadomi, że działamy pod wpływem negatywnych moim zdaniem przekonań.


Złość jest naturalną emocją, motywuje nas do działania. Pokazuje nam na co mamy zgodę, a na co już się nie zgadzamy. Kiedy dzieję nam się krzywda, to ona jest naszym sprzymierzeńcem. Więc mamy prawo ją czuć.
Jeżeli dziecko ma niezaspokojoną potrzebę snu, to się złości. Gdy chce się bawić,a my mu przerywamy tą zabawę, to ono się złości. W ten sposób stawia granice. Informuje nas o swojej potrzebie.
Bardzo rzadko jest zgoda ze strony dorosłych na złość dziecka i wtedy ono uczy się ją tłumić, upychać w swoje małe ciałko. Przestaje ufać swoim odczuciom i naturalnym reakcjom.

Dojrzewanie w otoczeniu, które ignoruje emocje danej osoby, a nawet karze ją za to, że czuje złość i wbija  w poczucie winy, może skutkować w wyparcie tej emocji na wiele lat. Więc za każdym razem, kiedy tylko będzie czuła złość,będzie ją blokować.

Jeżeli rodzice nauczyli dziecko w sposób konstruktywny wyrażać złość, to BRAWO dla nich!!!

Jeśli jednak tak nie postąpili, to nagromadzona przez lata frustracja na rodziców lub jednego z nich, może spowodować, że będziemy musieli tę złość przelać na kogoś innego, np. na partnera, dziecko, przyjaciela,współpracownika. Wyleje się z nas jak gorąca lawa, która pulsowała pod naszymi porami, która płynęła w żyłach przez tyle lat, aż wezbrała i uderzyła ze zdwojoną siłą. Siejąc zniszczenia.

Co zrobić z taką ukrytą złością np. do rodziców?
Możemy napisać do nich list, do każdego z osobna, wylać w nim cały wkurw, żal, smutek, nie przebierać w słowach, dać sobie upust. Możesz napisać kilka stron i spalić go. Jeżeli będziesz miał/miała potrzebę, żeby jeszcze raz napisać to to zrób. Jadąc samochodem z pracy, możesz krzyczeć w niebo głosy,dać upust swojej złości, która była przez lata upychana.
Spacer do lasu i krzyk w lesie tez pomaga,korzystałam z tego nie raz.
 Na sesjach z klientami pracuję między innymi metodą EFT, a także pracuję z wewnętrznym dzieckiem (jedna z najlepszych metod jaką stosuję,która daje ogromne rezultaty).

Jest wiele metod do uwalniania złości, zachęcam was do skorzystania z nich. Wbrew pozorom daje to wolność. Potrzebujesz wsparcia osoby przy, której będziesz się czuł/ czuła bezpiecznie, zapraszam cię na sesje.

Zapraszam was do komentowania, jeżeli uważasz, że komuś pomoże ten post to proszę udostępnij go.




10:43

Relacje...

Relacje...

Nie jest ważne czy jest to relacja kobiety z mężczyzną, rodzica z dzieckiem, przyjaciela z przyjacielem. Każda z tych relacji, gdyby opierała się na pewnych zasadach, byłaby piękną relacją.

➤ Gdybyśmy przestali szukać winy w partnerze, dziecku, znajomym, mamie, tacie, a skupilibyśmy się na szukaniu przyczyny konfliktu, który wciąż powraca jak mantra, to byłby to już duży krok do budowania zdrowej relacji.
Przykład: Twój czteroletni syn przeszkadza ci w pracy, którą wykonujesz w domu. Tłumaczysz mu, że nie masz w tej chwili czasu, kilkakrotnie zwracasz mu uwagę, by dał ci spokój i poszedł się bawić do pokoju. On jednak zaczyna marudzić i wciąż chce, byś się nim zajęła.
Możesz zareagować krzykiem, nakazać mu wyjść z pomieszczenia, w którym się znajdujesz i oskarżyć go o to, że przeszkadza ci w wykonywanej pracy (co nie buduje relacji).
Możesz też przerwać to co robisz, przykucnąć i zapytać się syna czego potrzebuje, czy coś się stało. Może wystarczy go tylko przytulić i dać mu chwilę czułości lub wysłuchać co ma do powiedzenia i dalej zająć się swoimi obowiązkami.

➤ A może by tak przestać oceniać, podcinać skrzydła, a w zamian docenić, wzmocnić "słabe" strony drugiej osoby. Dodać wiary w możliwości!!! 
Przykład: Twój partner od jakiegoś czasu wspomina o tym, że chciałby otworzyć własną firmę.
Reagujesz z poziomu własnego lęku i odciągasz go od tej decyzji, mówiąc mu, że może sobie nie poradzić, że może wtopić bardzo dużo pieniędzy w ten interes, że nigdy tego nie robił i TY nie widzisz go w tej roli.
Możesz też wesprzeć go w tej decyzji, pokazać mu jego mocne strony, a gdy zaczną się komplikacje (bo przeważnie są) to nie odwracać się od niego, a dodawać mu otuchy, pomóc mu szukać rozwiązań i wspierać jego poczucie własnej wartości.

➤ Nie skupiajmy się na tym co robi źle, ale mówmy o tym co robi dobrze.
Każde wytykanie potknięć, upadków może być traumą na całe życie. Nie każdy jest tak skonstruowany, że krytyka może wzmocnić go do działania. Są tacy, którzy reagują wręcz przeciwnie, zamykając się w sobie i odcinając się od społeczeństwa.

"Powiedz komuś, że jest odważny, a pomożesz mu stać się takim" ~ Thomas Carlyle

➤ Przestańmy oczekiwać perfekcji, jeszcze lepszych wyników w nauce, a także wizji, by nasz partner czytał w naszych myślach, skupmy się w tych małych kroczkach, a wyniki nas zaskoczą.
Przykład: Twoja córka bardzo długo i sumiennie przygotowywała się do sprawdzianu z matematyki. Dostała ocenę dostateczną.
Możesz, po usłyszeniu tej wiadomości skrytykować ją i wyzwać ją od "osłów", a możesz też pokazać jej, że jesteś z niej dumna i powiedzieć, że wiesz ile czasu poświeciła na naukę i przygotowanie się do tego sprawdzianu, więc może być z siebie dumna. To spowoduje, że nie obierze tej oceny jako porażki, tylko jako sukces.


➤  Zaniechajmy wyścigów, zacznijmy współgrać, przecież w relacji chodzi o obopólne dobro.
Przykład: Małżeństwo z jednym dzieckiem. Mama widząc, że tata ma bardzo dobrą relację z dzieckiem próbuje manipulować i oczerniać tatę w oczach dziecko. Wprowadza rywalizację!
Czy nie lepiej byłoby, gdyby oboje z rodziców mieli równie dobrą relację z dzieckiem? Przecież oto właśnie w tym chodzi i to jest dla nich właściwe. Wszyscy na tym zyskają.


➤ Zamiast oceniania: jesteś zły, jesteś kłamcą, jesteś oszustem, jesteś głupi,... zacznijmy mówić jak my się czujemy w sposób, który nas rani, wytykanie i ocenianie niczego nie zmieni, a przynajmniej nie na dobre.
Zapraszam
was do odniesienia się do tego punktu i podania przykładu w komentarzach. :)

 

Budując relację, warto wziąć pod uwagę swoje i drugiej osoby potrzeby. Warto także nauczyć się wsłuchiwać się w siebie i w drugiego człowieka. Bycie uważnym przynosi o wiele większe rezultaty, niż krytykowanie. Nie łatwo jest zmienić nasz sposób postępowania, ale jest to jak najbardziej możliwe


10:10

Nad odpowiedzialne dziecko

Nad odpowiedzialne dziecko
 "Dzieci posiadają pewne podstawowe, nienaruszalne prawa: powinny być karmione, ubierane, ochraniane i bezpieczne, ale za razem mają prawo do rozwoju emocjonalnego, do szacunku dla swych uczuć, a także do tego, by traktowano je w sposób umożliwiający rozwój poczucia własnej wartości.
  Dzieci mają również prawo do tego, by ich zachowania były ograniczone przez rodziców w sposób właściwy. Mają prawo do popełniania błędów oraz do tego, by przywoływano je do porządku bez fizycznych  czy emocjonalnych nadużyć.
  Dzieci mają przede wszystkim prawo, aby być dziećmi. Mają prawo przeżyć swoje młode lata z radością, spontanicznie i nieodpowiedzialnie. Naturalnie, w miarę jak dzieci dorastają, kochający rodzice winni pielęgnować ich dojrzałość, powierzając im pewną dozę odpowiedzialności i rodzinne obowiązki, ale nigdy za cenę dzieciństwa.''
                                                                                                     Susan Forward



Ilu z was musiało zajmować się młodszym rodzeństwem? Mając pięć, siedem, jedenaście lat zostaliście obciążeni opieką nad młodszą siostrą lub bratem. Jak można obciążać dziecko, które powinno się bawić, żyć beztrosko, mieć prawo do popełniana błędów?
Ile razy byłeś karcony za to co zrobiło twoje rodzeństwo, tylko z tego tytułu, że byłeś od nich starszy?

Jeśli byłeś młodszym dzieckiem, którego pilnowało starsze rodzeństwo, to całkiem możliwe, że czujesz się ciężarem, z drugiej strony możesz się czuć osaczony, przytłoczony zachowaniem brata lub siostry.

Często ci, którzy powinni być odpowiedzialni i dbać o bezpieczeństwo swoich dzieci, w swej bezradności i niedojrzałości, zrzucają tę odpowiedzialność na swoje dzieci, które przejmują rolę rodzica, opiekuna, kosztem braku dzieciństwa, wieku młodzieńczego, strachu i lęku o swojego podopiecznego. Takie dziecko jest nacechowane nad odpowiedzialnością, nieadekwatną do jego wieku. Nie dość, że sam nie dostaje odpowiedniej opieki, to jeszcze ''musi''  się troszczyć o drugą osobę.

Dzieci potrzebują stabilności, twardo stąpających po ziemi rodziców, którzy tworzą bezpieczny i przyjazny dom, niezależny od tego gdzie się znajdują. Tu nie chodzi o budynek, czy miejsce na ziemi, ale o stabilność emocjonalną. Kiedy rodzice takiej stabilności nie mają, role w rodzinie się odwracają i dziecko mimo woli, przejmuje rolę rodzica lub jest nią obarczone.

W dorosłym życiu takie osoby nie rzadko popadają w uzależnienia. Uciekając od samotności i traum z dzieciństwa. Osoby te są uwięzione w błędnym kole: przyjmowania odpowiedzialności za wszystko, pomimo podwajania swoich wysiłków, mają poczucie, że mogliby zrobić coś więcej, lepiej, szybciej. Mają wrażenie, że ciągle ponoszą porażki, którym towarzyszy poczucie winy. Jeśli jesteś, którąś z tych ofiar systemu rodzinnego, a masz dzieci, to całkiem możliwe, że powielasz ten sam schemat. Dostrzeżenie tego, pozwoli ci spojrzeć z innej strony na swoje dziecko, dzieci. Skonfrontowanie się ze wspomnieniami i przyjrzenie się tego, w jaki sposób funkcjonuje twoja rodzina, pozwoli ci zmienić jej dotychczasowy obraz. Tego ci życzę.


21:24

Zła/Dobra Matka

Zła/Dobra Matka
Kiedyś, kiedyś na początku rodzicielstwa podstawą tego, żebym czuła się dobrym rodzicem, było najedzone, czyste i wyspane dziecko. Dbałam też o bliskość, bezpieczeństwo, ale mimo wszystko jaki wachlarz potrzeb mają dzieci, to ja, dawałam im minimum tego, co mogłam im dać. Teraz jak spoglądam wstecz, to widzę, że w ogóle nie byłam przygotowana do roli matki.

Nie radziłam sobie z emocjami, czułam, że wszystko jest na "mojej głowie". Byłam obciążona emocjonalnie i fizycznie. Często frustracje przelewałam na dzieci. To one z racji tego, że były słabsze, obrywały. Klapsy były na porządku dziennym, obrażanie, wyzwiska, poniżanie. Jak o tym sobie przypomnę, to aż serce mi ściska, co te małe istotki dostały od osoby, która miała stworzyć bezpieczne miejsce, w którym będą się rozwijać.

Gdy żyje się w takiej gęstej "zupie" energetycznej, z zachowaniami wyniesionymi z domu rodzinnego, z przekonaniami, reakcjami, ciężko, naprawdę ciężko jest dostrzec, że coś tu nie gra, że to nie tak powinno być. Często towarzyszyło mi poczucie winy, poczucie, że jestem złą matką. Jednak nie wiedziałam co robię źle.

Idąc na terapię zmierzyłam się z murem, pokazano mi co robię, jak niektóre (większość) z moich zachowań, krzywdzą dzieci. Dowiedziałam się, że dzieci nie wolno bić (co było dla mnie dziwne), nie wolno szturchać, popychać, wyzywać, pozostawiać samym sobie, wyśmiewać, traktować jak głupków, przesadnie chronić, ani też wbijać w poczucie winy. Obniża to poczucie wartości i prowadzi do autodestrukcyjnych zachowań, czego byłam najlepszym przykładem.

Na początku bałam się cokolwiek mówić i robić, ale intuicja podpowiadała mi, że to nie na tym polega, że nie powinnam się wycofywać z życia dzieci. Zaczęłam czytać dużo książek, czytałam ciekawe artykuły, chodziłam na warsztaty, gdzie zderzyłam się z nową rzeczywistością. Miałam ogromne wyrzuty sumienia, z którymi pracowałam, pomimo tego, że próbowałam zmienić moje nawyki, karcące słowa i zachowania, to i tak często wracałam do wyuczonego modelu. Złościłam się na siebie, wbijałam w poczucie winy i cisnęłam w dzieci. Sam Bóg tylko wie ile razy ich przepraszałam.

Aż w końcu dałam sobie prawo do bycia "taką" matką z całą odpowiedzialnością za to co robię. Zrozumiałam, że nie zmienię w kilka miesięcy, wyuczonych w 30 lat zachowań. Moich zachowań. Popełniałam błędy i je naprawiałam, wyciągałam wnioski, rozmawiałam z dziećmi, uczyłam siebie i je nazywać uczucia, wyrażać złość w konstruktywny sposób, radzić sobie z emocjami. Uczyłam się stawiać granicę i tego samego uczyłam dzieci. Wplataliśmy w codzienne życie afirmację, modlitwę, spacery. Coraz więcej czasu, który spędzaliśmy razem, poświęcaliśmy na zabawę, ja uczyłam ich, a oni mnie. Ponieważ wkładałam w to cale serce to rezultaty przychodziły bardzo szybko. Karczowałam drogę do każdego z nich, dzień po dniu, godzina po godzinie. Nadal popełniając błędy, ale już nie w takich ilościach jaki kiedyś.

Zauważyłam, że dzieci swym zachowaniem odzwierciedlają to co mam w sobie. Więc jeśli coś w nich mnie denerwuje, czegoś nie akceptuję, wstydzę się jakiegoś ich zachowania, to sprawdzam czy akceptuję to w sobie. Czy wolno było mi się tak zachowywać. Coraz mniej obarczam ich moimi niedoskonałościami. Ich zaufanie do mnie jest coraz większe. Coraz częściej się przede mną otwierają, dzielą się rozterkami, problemami i radościami. Wiedzą, że mogą zawsze na mnie liczyć. Wspieram ich w działaniach, które podejmują.

I tak od 8 lat, nie ma w naszym domu klapsów, szturchańców i przepychanek. Każdy z nas ma prawo do pomyłek, do wyrażania złości, gniewu i smutku. Mamy swoje rytuały, dajemy sobie prawo, na czucie tego, co w danym momencie czujemy, nie obawiając się kary, odrzucenia, krytyki lub gniewu. Myślę, że my dopiero zaczynamy budować piękne relacje ze sobą. Między dziećmi nie ma rywalizacji, którą kiedyś ja sama wprowadzałam. Nie ma kłótni, choć mają odmienne zdania, bo każde z nich jest inne i to jest piękne.

Tak naprawdę zmiana we mnie zaczęła się wtedy, kiedy uświadomiłam sobie, że moje zachowania są nieadekwatne do sytuacji, że ranią dzieci. Uświadomienie sobie skąd je wyniosłam, pozwoliło mi zmierzyć się z demonami przeszłości na wielu poziomach. Nie karałam siebie za "wpadki", wyciągałam z nich wnioski, uczyłam się na własnych błędach. Wzięłam odpowiedzialność za wychowanie dzieci, które bardzo kocham. Dziś jestem wdzięczna sobie, że podjęłam się tych zmian.

Pozwólmy dzieciom płakać, wyrażać złość, smucić się, obrażać, są to naturalne zachowania. Jeżeli pozwolimy im je wyrazić to nie będą musiały demonstrować i powielać. Kochajmy nasze dzieci takimi, jakimi są!

Jeśli uważasz ten post za wartościowy to zachęcam Cię do udostępnienia go. Zapraszam również do komentowania.

12:26

Samotność

Samotność
 

Bycie samotnym to nie to samo, co bycie samemu.

Ja, nie byłam sama, ja byłam samotna.

Samotność, przyniosła mi smutek i poczucie opuszczenia. Czułam się niewidzialna.



Możemy mieszkać w wielkim mieście, w zatłoczonym mieszkaniu. Mieć partnera, męża, żonę, rodziców, znajomych, przyjaciół i nadal możemy czuć się samotni. Przez większość życia byłam samotna, pomimo tego, że otaczało mnie mnóstwo osób.



Gdy poroniłam pierwsze dziecko (opisuję to w poście: link), tak naprawdę nikt o tym ze mną nie rozmawiał. Każdy przeżył to na swój sposób, tak jak umiał. Pozamykaliśmy w sobie ból i żal, głęboko upychając w zakamarki duszy. Potrzebowałam wtedy wsparcia, silnego ramienia i rozmowy. Zakładałam maskę silnej kobiety.

Kiedy przychodziły na świat nasze dzieci, towarzyszyła mi tylko samotność. Na zewnątrz byłam opanowana, silna, a tak naprawdę w środku - przerażona, niepewna siebie. Starałam się nie być problemem, nie być ciężarem, nikomu nie zawadzać. 

Wzięłam na siebie dużo za dużo. Czułam się odpowiedzialna za siebie, za rodziców, za męża, dzieci, za wszystko dookoła. Często zostawałam sama z problemami, troskami i obawami. Udając silną.


Teraz Wam się do czegoś przyznam. Najbardziej samotna byłam wtedy, gdy byłam niezniszczalna. Gdy byłam silna, silna ponad wszystko. Kiedy nie pozwalałam sobie na słabość, kiedy o nic nie prosiłam. Kiedy wysyłałam sygnały, że ze wszystkim sobie poradzę. Sama, sama, sama.

Sama rozwiązywałam problemy, sama wychowywałam dzieci..... Będąc w związku byłam samotna.
Nie czułam się zrozumiana, bo przestałam tłumaczyć, nie czułam się wysłuchana, bo przestałam mówić.
W końcu powiedziałam sobie; dość!!! 
Dłużej tak nie mogłam, Zrozumiałam, że nie potrafię prosić o pomoc, że nie umiem dzielić się obowiązkami, tak jak moja mama. Silne kobiety z super mocą!!! Zobaczyłam, że to kobiety u nas stoją w męskim, że walczymy z mężczyznami o wszystko. Po co?! Co chciałam przez to udowodnić?!
Powoli zaczęła się moja transformacja, stałam się inną kobietą, delikatną, czasami uległą, a co!!!
Było ciężko, ale nauczyłam się prosić, gdy potrzebowałam pomocy, przestałam wykonywać męskie zajęcia, choć nadal umiem je robić. Otworzyłam się przed mężem, mówiłam czego się obawiam, co lubię, a co mi przeszkadza. Zaakceptowałam fakt, że mogę być zmęczona, mieć gorszy dzień.

Pokazując siebie taką SILNĄ, nie mogłam oczekiwać, że ktokolwiek będzie chciał mnie wspierać, czy mi pomagać, albo po prostu przy mnie być. Bo i po co? Teraz kiedy już staję w kobiecym, kiedy pokazuję siebie taką kruchą i delikatną, dostaję wsparcie, szacunek, bo jest na to przestrzeń.

Więc gdy czujesz się samotna, to zastanów się czy czasami nie pokazujesz się światu jako ta niezniszczalna, z nadludzką siłą, tak jak ja kiedyś.

Jeżeli czujesz się samotna/samotny i nie wiesz jak sobie poradzić z uczuciami, które ci towarzyszą, a chciałabyś/ chciałbyś uzdrowić tą część siebie, to zapraszam cię na sesje.
Jeżeli uważasz,że komuś pomoże to co tu przeczytałaś, to proszę udostępnij ten post. 

Zapraszam Cię również do komentowania.
Pozdrawiam Was kochani.

12:57

Ciekawość

Ciekawość

Kiedyś KTOŚ narysował mi palcem w powietrzu mapę trasy wzdłuż jezior i zachęcał żebym nią poszła. Opowiadał o drogach,dróżkach, jeziorach z takim zachwytem, że byłam pewna,że kiedyś się skuszę i wybiorę tą trasę gdy pójdę na kijki.

Kilka dni temu, wychodząc z domu nie skręciłam jak zawsze w lewo tylko w prawo. Początek drogi był mi znany. Domy,drogi,drzewa. Z jednej strony płot, z drugiej strony płot. Gdzieś w oddali przebiegała granica jedna, druga, trzecia....
Jedna bardziej widoczna, druga mniej.

Idąc tak pomyślałam sobie,że spotykamy w życiu osoby,które nam coś pokazują,na przykład swój związek,to jakim są człowiekiem, jakie mają zasady,czym się kierują w swoim życiu.Malują swoim przykładem TAKĄ mapę. Pokazują nam co osiągnęli, jakimi drogami kroczyli,z czym się musieli zmierzyć po drodze. Aby nam było lżej,łatwiej. 

Gdy mijałam te zabudowania, ogrodzenia, myślałam sobie, że to jest tak jak w życiu. Wychodzimy z domu wyposażeni w przekonania, nawyki, przyzwyczajenia, w zasady, które panowały w nim.
Jesteśmy ''ograniczeni''do tego co TU widzimy. Możemy w tym zostać i nigdzie się nie ruszać z tego miejsca. Będziemy wtedy widzieć tabliczki ''wstęp wzbroniony'', ''zakaz wstępu'', uwaga groźny pies''.....,albo możemy pójść dalej pomimo niepewności i lęku.

Ja idę dalej!!! Nie obracam się za siebie. W końcu dochodzę do ''otwartej'' przestrzeni. Dookoła pola, łąki,wieje mocno wiatr. Po policzkach płyną mi łzy,jest mi zimno i mało przyjemnie. Tak jak czasami w życiu, gdy wychodzimy ze swojego pudełka komfortu, wystawiamy się na to co nieznane,możemy nawet poczuć dyskomfort. TAK BYWA. Mnie to jednak nie zniechęca.

Idę dalej,po drodze mijam ''Gumisiowe'' drzewo- PIĘKNE,OGROMNE,DOSTOJNE!!! 
Chłód jest już coraz mniejszy. Mijam dom bez ogrodzenia, wita mnie pies groźnie szczekający i wesoło merdający ogonem.Chciałby zaufać, pobawić się ale musi pilnować domu i być ostrożny. Część mnie go rozumie.

Nareszcie dochodzę do lasu, gdzie nie ma nakazów, zakazów, ogrodzeń. Jest lekkość,ciepło,spokój i wszechogarniająca cisza. Wchodząc do lasu potknęłam się o korzeń drzewa, nie przewróciłam się, ale gdybym upadła to wiem,że dookoła mnie jest tyle drzew, które mają stabilne, silne korzenie, że miałabym się czego uchwycić, a one pomogą mi wstać. Zresztą ja sama jestem już takim drzewem, które daje wsparcie i schronienie. Każdy z nas ma takie ''drzewa'' koło siebie. Może to być brat, przyjaciółka, mama, partner, mentorka. Jeżeli nie masz takiej osoby to ją poszukaj, otwórz się na możliwości.

Ja zaufałam komuś kiedyś i kroczę sobie nowymi ścieżkami, czasami potykając się, błądząc, ale idę na przód.Gdy idę nowym szlakiem jestem uważna, ciekawa, spostrzegawcza. Czasami znajduję na mojej drodze wysypane przez kogoś śmieci i tak bywa, czasami świat zachwyca mnie pięknem i obdarowuje darami. Dzięki temu,że poszłam inną drogą zobaczyłam inne jeziora, inny las, inne drogi. Całą drogę towarzyszyły mi ptaszki,co chwile witał mnie jakiś zwierzak; lis, zając, sarny.
Chwilami myślałam, że zabłądziłam, ale intuicja doprowadziła mnie do domu, a ja byłam bogatsza o wrażenia i doświadczenie.

Warto szukać, warto być ciekawym...
No właśnie ja jestem bardzo ciekawa,a ciekawość to pierwszy stopień do wiedzy,do nowych doznań, doświadczeń i przygód!!!
Tego Wam Kochani życzę ciekawości i odwagi.

Zapraszam do komentowania i jeżeli myślicie,że komuś ten post może się przysłużyć to udostępnijcie go.


08:07

Zazdrość - nie odwracaj od niej głowy...

Zazdrość - nie odwracaj od niej głowy...
...zajrzyj w nią, stań z nią oko w oko!

Dziś o tym emocjonalnym obliczu zdrady. Jest ona częstą przyczyną kłótni i rozwodów. Ile nocy przez nią nie przespałaś?!
Natłok  myśli w twojej głowie, przyspieszone bicie serca, strach, że zostaniesz sama... co robić?!
Najczęściej kontrolujesz, sprawdzasz, szukasz dowodów i je znajdujesz. Próbujesz ostrzec partnera, że to, co robi może się źle dla was skończyć.
Jak matka, swe dziecko, chcesz go ochronić przed popełnieniem błędu, ale ty nie jesteś jego matką, daj mu ponieść konsekwencje jego decyzji.

Wyobraź sobie przykładową sytuację: twój partner właśnie wrócił do domu, czekałaś na niego cały dzień, przygotowałaś obiad, nareszcie spędzicie trochę czasu razem, wtulicie się w siebie i to będzie wasz wieczór. Niestety, on ciągle zagląda do telefonu, do kogoś pisze, a może siedzi przed komputerem i jest pochłonięty, a na ciebie nie zwraca uwagi, albo jest ona okrojona do minimum. 

- Do kogo piszesz? - W końcu pytasz, pomimo strachu (bo to zawsze kończy się kłótnią).
- Z...(wstaw tu imię) - odpowiada. 

I się zaczyna, wypływa z ciebie jad, nienawiść i złość. Słyszysz, że z tobą jest coś nie tak, że masz obsesję..., a ty po prostu czujesz się nie ważna, lekceważona.

Teraz inna sytuacja. Jesteście umówieni, a on spóźnia się półtorej godziny. W twojej głowie zaczyna się wyścig myśli, gdzie on jest, pewnie się z kimś spotkał, myślisz, że może cię zdradza?! Boisz się zadzwonić, bo będzie awantura. Myślisz sobie: "Ile razy można się spóźniać? Czy ja dla niego w ogóle jestem ważna, czy cokolwiek dla niego znaczę?"
W końcu przyjeżdża i mówi, że zagadał się ze znajomą i dlatego się spóźnił (tak jak myślałaś). Wylewasz na niego swoje żale i pretensje i tak kończy się wieczór, który mieliście spędzić razem.

Twój dobry znajomy jest częstym gościem w twoim domu. Bardzo dużo czasu spędza z twoją rodziną i nagle dzwoni tylko do żony, pisze tylko do niej, bo z tobą to nie za bardzo ma o czym. Wpada na kawkę pod twoją nieobecność i miło spędza czas z twoją partnerka. Coś ci nie pasuje, ale nie do końca wiesz co. Czujesz się pominięty.

Coraz częściej zazdrość jest głównym tematem rozmów z osobami, które się do mnie zgłaszają. Zazdrość przyjaciółki o to, że robisz coś, co nie mieści się w jej głowie, a w głębi serca też by chciała tak jak ty. Zazdrość męża o to, że spotykasz się za często z przyjacielem, zazdrość kobiety o znajomość partnera, z którą spędza dużo czasu w pracy, a po pracy nadal ma z nią kontakt. Między wami tworzy się swoisty trójkąt. Ktoś niepozornie wchodzi do waszego związku, świadomie lub nie i tam zostaje na jakiś czas.
Jeżeli myślisz, że do szczęścia potrzeba ci tylko tego, by ta osoba zniknęła z waszego życia, to się mylisz. Bo na jej miejsce przyjdzie, coś/ktoś inny dopóty, dopóki nie przepracujesz tego, to będzie to wracać. Uzdrowienie rany może trwać długo, ale jest możliwe.

Zauważ co czujesz, gdy partner poświęca komuś czas, dobrze się z tym kimś bawi, jest w stanie wiele poświęcić dla tej znajomości. Może czujesz się odrzucona, opuszczona, zdradzona, mało interesująca. Pomyśl, kiedy się tak czułaś w przeszłości? Pomyśl, że on to robi dla ciebie, byś coś przepracowała.  Pomyśl, że to co teraz tak cię boli, może być nawozem dla twojego wzrostu.

A może czujesz, że zdradzasz, mimo że nie robisz nic złego, a oszukujesz, bo nie chcesz skrzywdzić ukochanej osoby, ale też nie chcesz zakończyć znajomości z kimś, z kim dobrze się bawisz i dogadujesz. Z resztą w każdym związku czujesz się tak samo i jesteś o to samo oskarżana. Może czas zanurzyć się w siebie i zobaczyć co wywołuje u ciebie takie uczucia i sytuacje. Może w dzieciństwie kochałeś bardziej babcię, niż mamę i czułeś, że ją zdradzasz (podświadomie, oczywiście)?

Hm, a może to ty jesteś tą osobą, która wchodzi pomiędzy dwie osoby. Jak się z tym czujesz? Może jak piąte koło u wozu?! Jakie masz z tego korzyści?! Co ci to przypomina? Jaką sytuacje z dzieciństwa?

Każda z tych osób coś odgrywa, jakąś rolę.
Każda z tych osób jest nauczycielem, który daje możliwość przepracowania tego, co nieprzepracowane.
Gdy zajrzysz w siebie i utulisz np. Tę, która była odrzucona przez mamę, to już nikt ci nie będzie tego odgrywał,bo to już nie będzie z tobą rezonować. Twój stosunek do partnera i partnera do ciebie zmieni się. Jest to głęboka rana, a proces uzdrawiania jej długi. Może trwać kilka tygodni, miesięcy, a nawet lat. To zależy tylko od ciebie. Jak bardzo pragniesz, by ją uzdrowić.
Warto, bo ta zazdrość cię niszczy. Niszczy twój związek i relacje z ludźmi. Siedzi głęboko w tobie i niszczy kawałek po kawałku, odcinając cię od siebie.

Będąc przesiąknięta zazdrością, niszczysz siebie!!!

05:37

Zakochaj się w swoim ciele

Zakochaj się w swoim ciele

Okres poświąteczny...
Jak się dziś czujesz? Dopadły Cię wyrzuty sumienia po świątecznej wyżerce? Czujesz frustracje, próbując zapiąć spodnie?

Zawsze miałam problem z nadwagą!
To była moja zmora wieku dziecięcego, dojrzewania i wkraczania w dorosłość. Byłam bardzo wrażliwa na tym punkcie. Bardzo!! Nie lubiłam i nadal nie lubię słowa: "dieta". Bo z czym to słowo mi się kojarzy? Z wyrzeczeniami, z poświęceniem, z ciężką pracą...  z porażką, bo przeważnie wracałam do wagi z przed diety lub podbijałam ją wyżej. Skończyłam z tym!

Gdy zaczęłam uzdrawiać swoje rany, gdy zaczęłam pracować nad sobą na terapii, czytając książki, ucząc się od moich mentorów, waga zaczęła spadać. Zaczęłam wyrzucać z siebie zbędny balast. Nie wiem ile schudłam, może 20kg, może 18kg. Nie ważyłam się, ale z rozmiaru 46/48 zeszłam do rozmiaru 38/40, czasem nawet 36! Moja waga przez siedem lat spadała powoli, ale konsekwentnie.

Wczoraj spotkaliśmy znajomego, którego nie widzieliśmy 19 lat. Usłyszałam dużo komplementów od niego i od mojego męża. Stwierdził, że wyglądam coraz lepiej. Pamiętam, jak 19 lat temu powiedział mi, że mimo mojej wagi, mam zgrabne nogi, wtedy nie przyjęłam tego komplementu. Dziś bym go przyjęła!

Przez ostatnie siedem lat uczyłam się akceptacji, zakochiwałam się po malutki w każdym centymetrze mojego ciała. Zaczęłam od tych, których nie akceptowałam przez całe życie. Gdy wcierałam olejek, to z miłością, gdy myłam włosy, to z taką pieszczotą i delikatnością, by czuły, że są dokładnie takie jakie powinny.
To nie było takie łatwe, patrzyć na siebie w lustrze z miłością i akceptować to, czego wcześniej nienawidziłam. CO ZA EMOCJE MNĄ SZARPAŁY?! 

Tak zakochałam się w moim "nieidealnym" ciele. Z roku na rok stawało się ładniejsze, zdrowsze, delikatniejsze, jędrniejsze. Na pewno pomogły mi w tym "kijki", które sprawiają mi tyle radości, taniec, dzieci nauczyły mnie jeździć na rolkach, od czasu do czasu jeżdżę na rowerze i ćwiczę z Chodakowską. 

Uwaga! Robię tylko to co sprawia mi radość, nie katuję swojego ciała, bo to moim zdaniem przynosi odwrotny skutek!

Nie zrezygnowałam ze słodyczy, w sposób naturalny zaczęłam ich mniej jeść, czipsy kuszą mnie już tylko raz do roku, a batoniki przy kasie są mi obojętne. Bardzo słucham mojego ciała, jeżeli coś mu nie służy to nie robię mu na złość. Tak było z kawą, której nie piję od kilku miesięcy. Czułam, że mi nie służy, bolał mnie żołądek, więc z niej zrezygnowałam. I wcale za nią nie tęsknię. To moje ciało, wysyła mi sygnały, a ja je teraz wyłapuję. To na co mam ochotę to jem, ale jeżeli, ktoś próbuje mi wcisnąć coś na siłę, to grzecznie dziękuję. Po prostu nie wciskam w siebie jedzenia, by zrobić komuś przyjemność, albo nie zrobić mu przykrości.


W wigilię moja teściowa powiedziała, że mam takie ładne, kobiece kształty. Taki komplement z ust teściowej?! I wiecie co, zgadzam się z nią. Przyjęłam ten komplement z uśmiechem na ustach i radością w sercu.

Ten post powstał dziś na spacerze, na którym co chwile się zatrzymywałam, żeby coś dopisać. Czułam tyle wdzięczności do siebie, czułam i nadal czuję, że idę dobrą drogą.
Syn się ze mnie śmiał, gdy wróciłam, że ten post pisałam na kamieniu, dużo się nie pomylił, bo pisałam go na pniu, na korze drzewa, przy drewnianym stole i trzymając kartkę w powietrzu.
Teraz oddaję go wam.


13:05

Drogowskazy.

Drogowskazy.
Gdybym narysowała mapę mojego istnienia, to znalazłoby się na niej kilka drogowskazów.
Są nimi kobiety, które pojawiły się na mojej wyboistej drodze życia. Między innymi dzięki nim jestem dziś tym, kim jestem. One dodawały mi "skrzydeł", widziały we mnie to, czego nie dostrzegł nikt inny.

Gdy chodziłam do przedszkola, bardzo wcześnie wstawałam, ubierałam się sama i sama też odprowadzałam siebie na przystanek( rodzice byli już w pracy). Jesienno-zimową porą było bardzo ciemno i strasznie się bałam. Bałam się przejść obok drzwi, które prowadziły do piwnicy, bałam się iść też sama na przystanek. Miałam wtedy od 3 do 6 lat. W dorosłym życiu często mi ten strach towarzyszył, do czasu, aż się z nim skonfrontowałam.
I tu pojawiła się Pani Kanigowska, która w bloku na przeciwko patrzała przez okno i wypatrywała mnie, wychodziła do mnie, gdy mnie tylko zobaczyła i dotrzymywała mi towarzystwa. Czekając na auto, które nas dowoziło do przedszkola. Przy niej czułam się bezpieczna.
W przedszkolu, właśnie ta pani była kucharką. Gdy byłam zmuszana przez jedną z przedszkolanek do jedzenia tego, czego nie lubiłam, to Pani Kanigowska, "przemycała" dla mnie coś smacznego, gdy przedszkolanka nie widziała i zabierała to, czego nie lubiłam. W końcu też stanęła po mojej stronie i przekonała przedszkolankę, żebym dostawała w te dni inny obiad. I, że dla niej nie jest to problem, żeby dla mnie przygotować coś innego.
Dwa lata temu, na pogrzebie znajomego, zobaczyłam ją i ciepłe uczucia do tej kobiety wróciły.

Na początku szkoły podstawowej bardzo dużo ciepła, miłych słów i akceptacji dostałam od Pani Mosek. Była moją wychowawczynią w klasach 1-3. Zawsze mogłam się do niej zwrócić z problemem, a wierzcie mi miałam wiele trudności, więc często żaliłam się tej kobiecie, a ona brała mnie pod swoje skrzydła.

W późniejszych latach szkoły podstawowej, dużo czasu spędzałam w bibliotece, uwielbiałam panią, która ją prowadziła. Ile ona rozmów ze mną przeprowadziła, zadawała mi pytania, a ja odpowiadałam. Szczęśliwa, że ktoś mi poświęca czas i lubi go ze mną spędzać.

W okresie szkolnym, gdy dojeżdżałam autobusem, spotykałam kobietę, która była mną zachwycona. Brała mnie na kolana i mówiła do swojego męża, że chciałaby mieć taką córeczkę. Dziwiłam się i nie wiedziałam co jest we mnie takiego niezwykłego.
W zeszłym roku, siedząc w kawiarni z córką, zauważyłam kobietę bardzo podobną do niej. Przez chwilę ją obserwowałam, w końcu podeszłam do niej i powiedziałam, że bardzo chce jej podziękować, za to, że gdy byłam małą dziewczynką, ona dała mi tyle szacunku i uwagi. Po krótkiej rozmowie, domyśliła się kim jestem, zapytała, czy może mnie przytulić. Oczywiście, zgodziłam się, obie byłyśmy wzruszone.

Miałam szczęście. W następnej szkole, miałam bardzo miłą, dającą dużo ciepła, wyrozumiałą wychowawczynię - Panią Tymanowską. Gdy nastał trudny okres dojrzewania ona była przy mnie. Uwielbiałam lekcje z nią, mogłam też zawsze na nią liczyć. Gdy miałam problemy w domu, ona mnie wspierała. Nigdy się na mnie nie skarżyła, widziała we mnie potencjał, dodawała mi odwagi i otuchy, gdy było trzeba. Taka wychowawczyni to skarb.

Gdy wszystko w moim życiu zaczęło się "rozsypywać", podjęłam decyzję o pójściu na terapię. Tam też miałam cudowne dziewczyny (terapeutki). Każda z nich dała mi wiele emocji, wskrzesiła mnie do życia. Wydobyła na światło dzienne to, co skrzętnie skrywałam przez trzydzieści lat. Za co jestem im bardzo wdzięczna.

Po kilkunastu latach przerwy, wróciłam do szkolnych ławek, by kontynuować naukę. Bałam się, bo przywarła do mnie etykieta "głupiej". Kłębiły się myśli: "A jak się okaże, że nie dam rady? Że jestem za głupia?!"
Języka polskiego uczyła mnie Pani Profesor Beata Parchem - Albecka. Cudowna kobieta, pełna ciepła, wrażliwości dla drugiego człowieka. Wydobyła ze mnie to co najlepsze. Inspirowała mnie do działania i podnoszenia sobie poprzeczki. W delikatny sposób potrafiła pokazać nad czym powinnam jeszcze popracować. Była kolejną osobą, która widziała we mnie więcej niż ja i osoby z mojego otoczenia. Przy niej rozwinęłam skrzydła, stałam się odważniejsza i zaczęłam doceniać siebie (m.in. dzięki niej, ponieważ ten proces trwa całe życie). Nasza znajomość przerodziła się w przyjaźń i trwa do dziś.  

Kochani, każdy na swojej drodze ma takie Drogowskazy jak ja. Gdy upadałam, nie otrzymywałam  wsparcia od rodziców, nie umieli mi tego dać, a przynajmniej nie w taki sposób jaki ja potrzebowałam.

Zapraszam do komentowania, podzielenia się opinią. Może na Twojej drodze pojawiły się takie osoby?
Jednak te kobiety dały mi uwagę, szacunek i ciepło, którym się napełniałam. Przy nich czułam się bezpiecznie i za to jestem im wdzięczna. 



08:25

"Wyrwał mi moje dziecko!"

"Wyrwał mi moje dziecko!"

Niedziela rano,jestem w czternastym tygodniu ciąży. Mam plamienia.
W piątek byłam u lekarza po tym jak spadłam ze schodów w pracy. Zapewniali mnie,że wszystko jest w porządku!
To skąd te plamienia!
Martwię się! Mąż i rodzice też.
Bóle się nasilają, a krew mocniej leci. Jedziemy do szpitala nie ma na co czekać.

 Po drodze straciłam dużo krwi. Na miejscu pielęgniarka szybko zareagowała. Posadziła mnie na ławce przed gabinetem i kazała czekać na lekarza.
Czas mijał,..Pielęgniarka jeździła windą góra-dół,góra-dół, szukając lekarza. 
Mówiła do mnie:''wszystko będzie dobrze, TO się da uratować''.

  W koło mnie robiła się coraz większa kałuża krwi, ból przeszywał całe moje ciało. 
Płakałam i ''umierałam'' ze strachu. 
Maz był cały czas przy mnie, głaskał i tulił. Z drugiej strony mama. Choć nie dała po sobie poznać, to dziś myślę, że była równie przerazona jak ja.
Nie rozmawialiśmy. Tylko czekaliśmy w niepewności. 
Pielęgniarka nadal szuka. Do mnie wciąż dochodzą te same słowa '' wszystko będzie dobrze,TO się da uratowac'', nadal szukając.
Kałuża krwi się powiększa, a mój strach sięga zenitu. Cały czas się modlę, by nasze dziecko przeżyło. W końcu jest, przyszedł lekarz. Pielęgniarka wprowadziła mnie do gabinetu. Szczęście miesza się z bólem i lękiem, ale teraz będzie już dobrze. Ciągle mam w głowie zapewnienia pielęgniarki ''wszystko będzie dobrze, TO się da uratować''.
Lekarz usiadł przede mną,włożył rękę i ...wyrwał mi je!!!

  Wyrwał mi moje dziecko!!!
Bez słowa, bez rozmowy, tak po prostu!
W tym momencie nie wiedziałam co się stało, nie mogłam w to uwierzyć. Jak on mógł?! Co to było?! Przecież miało być wszystko w porządku! A on je wyrwał ze mnie!!!
Ból jaki przeszedł przez moje ciało jest nie do opisania. I to uczucie...nie da się go opisać słowami. Czułam się oszukana i okradziona! 
Położył to maleństwo na tą zimna ''nerkę'', pokazali je mojej mamie, mnie zabrali na zabieg. 

 Po powrocie do domu wszyscy mnie pocieszali. Słyszałam,że tak się zdarza, że tak czasami bywa, jeszcze będziesz miała dziecko, szybko zapomnisz. 
Niestety,tak się stało.
Przez jedenaście lat nie pamiętałam. Urodziłam troje wspaniałych dzieci,a o tym zapomniałam...
Pewnego dnia, słuchając opowieści pewnej kobiety, która urodziła martwe dziecko wszystko do mnie wróciło. Każdy szczegół. Długo płakałam, czułam, że nadszedł czas by o tym porozmawiać. 
Przede wszystkim z mężem. Zdałam sobie sprawę z tego, iż to poronienie wcześniej w moim życiu było tylko ''suchym faktem''. Dzięki temu, że pozwoliłam tą stratę, to uczucie, dopuścić do siebie, mogłam przeżyć żałobę.

 Pewnej nocy przyśnił mi się sen. Zobaczyłam w nim wysokiego, szczupłego,z czarnymi włosami i brązowymi oczami chłopaka. Czułam, że to był on, nasze pierwsze dziecko.Rano, przy śniadaniu mąż powiedział, że miał dziwny sen. W śnie tym byłam ja i chłopak: wysoki, o ciemnych włosach i brązowych oczach, którego mu przedstawiłam jako naszego syna.
Daliśmy mu imię-KAROL i ma teraz swoje miejsce w naszej rodzinie.
Jest naszym pierwszym dzieckiem.
Dziś dużo o tym rozmawiamy i mimo, że jest nam ciężko gdy myślimy o tamtym dniu, to łatwiej nam zaakceptować to co się stało.
Akceptacja daje uwolnienie od osądów,złości. Przynosi WYBACZENIE, mi przyniosła.


Jeżeli przeszłaś przez podobną tragedię, ale nie ukoiłaś bólu związanego z nią, straty, czujesz,że już czas, ale nie wież jak to zrobić, to zapraszam cię na sesje, wesprę cię w tym procesie, będę ci towarzyszyć i stworzę atmosferę, w której będziesz czuła się bezpiecznie.


Jeżeli myślisz, że ten post przyda się komuś z twojego otoczenia, udostępnij!

09:03

Która droga jest tą właściwą?

Która droga jest tą właściwą?
Dla mnie najwłaściwszą, jest ta, którą kroczę. Nieważne czy z niej zboczę, czy cofnę się na moment, czy zatrzymam na chwilę, by złapać oddech i ruszyć dalej.

Nauczyłam się sobie nie ufać, przez większość życia szłam w ogromnym strachu i lęku. Przed osądem, oceną i to nie tylko ludzi, ale i Boga! Bałam się być Sobą, byłam podatna na podszepty, łatwo mną było manipulować. Zawsze byłam dla siebie surowa i z łatwością wypierałam się siebie. Rzadko kiedy stawałam w swojej obronie, by pokazać się światu taką jaka jestem! Ile razy siebie zdradzałam, kiedy chciałam powiedzieć: "Nie!", a mówiłam: "Tak!". Ile razy płakałam zaciskając zęby, zgadzając się na coś na co nie było we mnie zgody.

Do momentu, kiedy powiedziałam sobie DOŚĆ!!! WYSTARCZY!!! Kim ty dla siebie jesteś, żeby się tak traktować?
Zaczęłam kroczyć tak zwaną drogą duchową, zaglądając w głąb siebie. Czytałam dużo książek, całą sobą uczestniczyłam w terapiach. Grono moich znajomych się powiększyło - i to bardzo.
Szukałam różnych metod, na "uzdrowienie" mojej duszy. I wiecie co? Wpadłam w drugą pułapkę. Ktoś namawiał do jogi i medytacji. Mówił, że jeśli nie będę tego praktykować, to nie uzyskam spokoju ducha. Ktoś inny mówił: "Musisz jeść tylko warzywa i owoce". Jeszcze inna osoba mówiła: "Stosuj TE techniki, one ci pomogą". Nie pij kawy, korzystaj z diety tylko Dr Kwaśniewskiego, unikaj tego, korzystaj z tego, itp.
Nie zauważyłam, że znów w moim życiu pojawił się lęk i chaos. Bałam się, nie rozumiałam o co w tym wszystkim chodzi. Znowu przestałam ufać sobie i szukałam szczęścia gdzieś indziej. Kolejny raz oddaliłam się od siebie.
Zaczęłam robić skan. Wyrzucałam wszystko, co nie było moje. Zakończyłam kilka znajomości. Skupiłam się na tym co już było we mnie - na tym co czuję. Zaczęłam ufać mojej intuicji, wyostrzyły mi się zmysły. Znów odkryłam cząstkę, którą zakopałam głęboko,głęboko ,już bardzo dawno temu.

Pamiętam, jak na szkoleniu prowadząca, powiedziała mi, że nawet nie mam pojęcia ile technik zastosowałam, w pracy z klientem, których nawet jeszcze nie omawiałyśmy. Zrobiłam to intuicyjnie, nieświadoma tego, że to po prostu mam.

Przestałam przywiązywać się do przekonań, trzymać się ściśle tego co już wiem, co umiem, bo to mnie ogranicza, mnie i moją wiedzę. Akceptuję to, że moje rozumienie jest niekompletne. Jeżeli czegoś nie znam, a ciągnie mnie do tego, to się z tym macam, próbuje i jestem w tym. Takie doświadczenie do niczego nie zobowiązuje, a przy okazji uczy i poszerza horyzonty.

Mam takie przeświadczenie, że wszystko w moim życiu jest po coś, a może nie po "coś", tylko specjalnie dla mnie. Bo przecież, kiedy koło mnie jest chaos, to jest to odbicie tego co jest we mnie. Kiedy zaczynam porządki w moim życiu, to i we mnie się układa.
W czasie mojej przemiany zauważyłam, że każde zdarzenie jest połączone ze mną nitką, które łączy się w jedna całość. Jakby w dniu, w którym zostałam poczęta powstała pierwsza nitka, a może i jeszcze wcześniej. Ta nitka łączy mnie z mamą i z tatą, dochodzą i dochodziły do mnie także inne nitki, moich przodków, osób, które pojawiły się i nadal pojawiają się w moim życiu. Każde zdarzenie, egzamin, wypadek, słowa - te wypowiedziane i przemilczane, są połączone ze mną w jedną całość. To wszystko mnie ukształtowało. Czuję, jakbym była utkana z tych wszystkich nitek równiutkim ściegiem, z różnych kolorów, tworząc Jedność. Najpiękniejsze co możemy dać sobie i innym to autentyczność. Bez zakładania masek, narzucania sobie czyiś przekonań, religii, kultury. Takie czyste Ja. I najważniejsze to pozwolić sobie na popełnianie błędów,szukanie własnej drogi,potykając się o kamienie i podnosząc się po raz pięćdziesiąty,a co!to moje życie i wolno mi.

Pozdrawiam Was Kochani i serdecznie zapraszam do wymiany przemyśleń  w komentarzach:)

10:54

Droga do Wewnętrznego Dziecka.

Droga do Wewnętrznego Dziecka.

Żyjemy w świecie ''Cyborgów'', przynajmniej ja mam takie odczucia. Jesteśmy wielozadaniowi. Wstajemy i wykonujemy szereg zadań, które sami sobie narzuciliśmy. 
Zawozimy dzieci do szkoły, jedziemy do pracy, później zajęcia pozalekcyjne naszych latorośli, czyli jazda konna, szkoła tańca, szkoła muzyczna, a jeszcze dodatkowy angielski i piłka nożna się zmieści :) . Wracamy do domu, szybka obiadokolacja, lekcje, ogarnięcie domu... Gdzieś po drodze, a droga ta zaczęła się już w dzieciństwie, zgubiliśmy Siebie!

Dzieci są szczere, chcą się bawić, być kochane, akceptowane. Jak są złe to się złoszczą, jak coś chcą to to biorą. Dzieci są niewinne!!!
Dopóki nie zaczniemy ich kształtować na swoje wyobrażenie o nich. To my, rodzice, przekazujemy dzieciom nasze lęki, przekonania, "prawdy" o świecie, o relacjach. To my, odrzucając dziecko, bo nie jest takie, jakie byśmy chcieli, żeby było, skazujemy je na to uczucie odrzucenia, które będzie mu towarzyszyć  może przez całe życie. I taka osoba przestaje być Sobą, a zaczyna być kimś innym.

Gdy miałam 29 lat, pewna kobieta zapytała się mnie: co bym chciała w życiu robić?; jaki jest mój ulubiony kolor?; jakie mam zainteresowania?. Było ich wiele😨. Rozsypałam się na kawałki, bo zobaczyłam jak mało siebie znam.
Zrozumiałam, że w zawodzie, który wybrała mi mama (bo w tym zawodzie zawsze znajdziesz pracę - mówiła) nigdy nie pracowałam.
Moim ulubionym kolorem był czarny (bo czarny wyszczupla - mawiali).
Byłam zlepkiem cudzych myśli, pragnień, niespełnionych oczekiwań. 
Zaczęłam się zastanawiać czy Ja to, aby Ja😋
No i tak, zaczęła się Droga do mojego Wewnętrznego Dziecka.

Przez przypadek😀, trafiła do mnie książka Anety Łastik, pt." Wewnętrzne Dziecko". Czytając ją niewiele rozumiałam, ale studiując kartka po kartce, zaczęłam tę wiedzę wdrażać w życie. Krok po kroku zaglądałam w Siebie, coraz głębiej, z ciekawością, co tam jeszcze zastanę nieodkrytego. Moja praca ciągle nie dawała satysfakcjonujących rezultatów. Chciałam, żeby tak, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko się zmieniło. Pamiętam ile razy sobie nie ufałam, gdy przychodziło do mnie coś, co było wyparte. Tłumaczyłam tych, którzy zrobili mi krzywdę w dzieciństwie i wmawiałam sobie, że tak było, że takie czasy. To był ciężki i długi okres w moim życiu. Zbliżyłam się do Siebie Prawdziwej i nadal to robię.

Jest taki prostu sposób, który ja często stosuję, mianowicie: zauważ co Cię denerwuję, irytuje w drugiej osobie, co ona w Tobie pobudza. Może Cię złości? Może pałasz gniewem na sam Jej widok? A może jest Ci smutno i czujesz się odrzucona?
Wtedy pomyśl, kiedy tak się czułaś w dzieciństwie. Zamknij oczy i wróć do tej chwili, zobacz tą "Małą", która się czuła dokładnie tak jak ty teraz.
Powiedz jej, że wiesz co się z nią dzieje, bo ty czujesz się dokładnie tak samo. Jeżeli "Mała" będzie chciała krzyczeć, tupnąć nogą, uderzyć pięścią w poduszkę, niech to zrobi! Daj Jej przeżyć te emocje, a tym samym pozwól sobie być Sobą Prawdziwą!
Ja tak robię i uwalniam emocje nagromadzone przez lata, staję się lżejsza i prawdziwsza.

Możesz też pozwolić swojemu Wewnętrznemu Dziecku na chwilę radości i beztroski, którą opisuję w poście (klik).
Jesteśmy w stanie zbudować naprawdę piękne relacje i związki, tylko wtedy, gdy uzdrowimy związek z samym sobą. 

Masz problem by spotkać się ze swoim wewnętrznym dzieckiem, nie wiesz jak to zrobić, a może próbowałaś ale to nie przyniosło rezultatu, zapraszam cię na sesje, przeprowadzę cię przez proces powrotu do wewnętrznego dziecka.




Copyright © 2016 Justyna Pettke , Blogger