10:04

Niska ocena własnej wartości

Niska ocena własnej wartości
Co musielibyśmy zrobić, by nasze dziecko miało zaniżone poczucie własnej wartości?

Odseparować je!

Zakazać!
,,Nie możesz iść z koleżankami na basen, bo się utopisz!"
,,Nie możesz iść z kolegami na boisko, bo oni palą papierosy!"
,,Nie możesz

iść na dyskotekę, bo barman wrzuci Ci do napoju tabletkę gwałtu!"
,,Nie dostaniesz rolek, bo połamiesz sobie nogi!"

Nakazać!
,,Musisz posprzątać pokój brata, to jest praca dla kobiet!"
,,Musisz zerwać te porzeczki, bo się zepsują!"

Karać!
,,Nie wyprawimy Tobie w tym roku urodzin, bo masz słabe oceny."
,,Nie możesz iść bawić się z koleżankami, bo nie zjadłaś obiadu."

Strach rodzica o dziecko.
Chronienie go przed wszystkimi i wszystkim. Tylko nie przed sobą. Przecież ten rodzic kocha swoją pociechę. Nie chce, by jej się cokolwiek stało. Myśli, że nie wypuszczając jej na podwórko, uchroni ją przed upadkiem. Dba o nią. Chroni za wszelką cenę. To dziecko, jest prowadzone przez rodzica jak na smyczy. Tak naprawdę rodziciel osacza tego młodego człowieka. Uzależnia go od siebie. Nie pozwala mu egzystować.

Kiedy budujemy poczucie własnej wartości?
Kiedy doświadczamy. W trakcie nauki jazdy na rowerze, z pewnością kilka razy upadniesz. Zmobilizowany przez rodzica podniesiesz się i po kilku metrach znów upadniesz. To będzie się powtarzać kilka razy, aż przejedziesz dwadzieścia metrów. I wtedy, te upadki już nie będą takie ważne, bo będziesz czuł satysfakcję z jazdy rowerem.

Jeśli w dzieciństwie nie mogłaś zapraszać koleżanek do domu. Nie wyprawiano Ci urodzin. Nie mogłaś po szkole bawić się z rówieśnikami, bo musiałaś się uczyć i pomagać w gospodarstwie domowym. To może być tak, że teraz, w dorosłym życiu masz problemy z budowaniem relacji. Ojciec był nieobecny emocjonalnie, matka zapracowana.
Nikt z tobą nie rozmawiał. Gdzie miałaś nauczyć się, jak budować bliskie relacje? Jak o siebie zadbać? Kiedy ty nawet pokłócić się nie miałaś z kim. A co dopiero prowadzić intymne, głębokie rozmowy. Najpierw rodzic pokazuje swoją osobą, jak to ma wyglądać. Rozmawia z tobą, o tym co się działo w czasie dnia. Jakie radości cię spotkały, a może przykre rzeczy. Powinien dać ci wsparcie, uwagę, empatię. Poprzez to, jak rodzic budował z tobą więź, ty będziesz budować relacje z innymi osobami. To plus, jeśli wolno ci było być dzieckiem, które mogło spotykać się z rówieśnikami. Bawić się, pomimo ran na kolanach. Pokłócić się, a później pogodzić. To jest jak trening relacji przed dorosłym życiem.

Całkiem możliwe, że rodzic celowo odsuwał cię od rówieśników, żeby ciebie chronić. Jednak rezultatem tego, jest brak umiejętności budowania bliskich relacji. Dlatego budujesz relacje powierzchowne. Zamartwiasz się, co z tobą jest nie tak. Dlaczego ta więź jest taka słaba.
Wszystko jest z TOBĄ w porządku!
Po prostu nie pozwolono ci doświadczać. Próbować. Skutkiem tego, jest to, że w dorosłym życiu, ciężko ci podejmować decyzje. Nawet te, dotyczące kupna bluzki czy butów.

Kolejny deficyt.
Ojciec jest pierwszym mężczyzną, od którego córka powinna usłyszeć, że jest piękna, mądra, że ją podziwia i szanuje. Że jest z niej dumny. Powinna to zobaczyć w oczach ojca, w  jego gestach. To między innymi, tato buduje poczucie wartości córki, albo je niszczy. Jeżeli ojciec cię nie komplementował, a raczej słyszałaś od niego: ,,Jak ty wyglądasz?!", ,,Jak ty się wymalowałaś?!", ,,Zmyj tą tapetę!". Jeżeli zamiast komplementów, byłaś często zawstydzana i upokarzana, to później, już jako dorosła kobieta, będziesz szukać potwierdzenia swego piękna (wewnętrznego, jak i zewnętrznego) w oczach innych mężczyzn.

Nasze dzieci doświadczają życia. Z roku na rok coraz pełniej. Wyjeżdżają  na samodzielne wczasy, podróżują po kraju, ale i poza jego granicami. Dużo rozmawiamy przed wyjazdem. Pokazujemy jak zareagować w sytuacjach, które mogą ich spotkać.
Nasz syn wybiera bardzo długie trasy rowerowe. Nie obawia się poruszania nieznanymi szlakami.
Córka sama potrafi zorganizować wyjazd za granicę. Osobiście zaplanować wszystkie niezbędne elementy wyprawy. Nie boi się samodzielnego wyjazdu do obcego kraju. Niestraszna jej bariera językowa.
Druga córka, kiedyś zgubiła drogę, podczas spaceru w lesie. Pomimo stresującej sytuacji, potrafiła zachować zimną krew i szybko znaleźć rozwiązanie. Byłam pod wrażeniem, jak świetnie sobie poradziła. Sama nie wiem czy umiałabym tak zareagować w takiej sytuacji.
Opisując powyższe sytuacje z życia naszych dzieci, zmierzam do tego, żeby ukazać wam, w jaki sposób dajemy im możliwość doświadczania życia. To właśnie dzięki tym doświadczeniom buduje się ich pewność siebie, ich poczucie własnej wartości. Nasze dzieci cechuje otwartość na świat. Odważnie podejmują wyzwania, jakie zsyła im los. Są samodzielne, na tyle na ile są gotowe. To wszystko dlatego, że im na to pozwalamy. My oczywiście jesteśmy zawsze gdzieś obok. Wysłuchamy i  pomożemy, jak trzeba. Ale to oni mierzą się z życiem. Nie chowamy ich ,,pod kloszem".

Co możesz zrobić by odbudować siebie?
Otocz się przychylnymi ludźmi. Przyjacielsko nastawionymi do ciebie. Na nowo, tak jak to dziecko, zacznij doświadczać i próbować. Może pojawić się dyskomfort. Pobądź w nim. Zobacz to okradzione z szans na poznanie świata, maleństwo, nastolatkę. Usłysz ją. Zapytaj co czuje. Czego od ciebie oczekuje? Przytul ją w sobie i ukochaj. Daj jej szansę na powiedzenie tego, czego kiedyś nie mogła powiedzieć. Na zrobienie tego, czego nie mogła zrobić. Nie oceniaj. Pozwól sobie na popełnianie błędów. Możesz w wizualizacji stanąć naprzeciwko rodzica i powiedzieć z czym się nie zgadzasz, co uczynił ci złego. Zaakceptuj emocje, które się pokazują. Złość, czasami nienawiść, niechęć. Możesz czuć te emocje, masz do tego prawo. Możesz kochać, a zarazem nienawidzić swojego rodzica. To jest w porządku. Za każdym razem, gdy potkniesz się, powiedz do siebie: ,, Zdarza się. Wyciągnij z tej sytuacji wnioski i idź dalej. Głowa do góry!".


Twoje poczucie własnej wartości jest bardzo niskie i chcesz je odbudować, jednak nie wiesz jak to zrobić? Zapraszam cię na sesje. Stworzę przestrzeń, w której będziesz mogła spotkać się z tymi emocjami, które są dla ciebie trudne. Poprowadzę cię do Wewnętrznego Dziecka, które może w tej chwili jest samotne i odrzucone. Pomogę ci odbudować utraconą relację z samą sobą.
Zapraszam cię do komentowania. Jeśli uważasz ten post za wartościowy dla kogoś, to proszę o udostępnienie.

01:49

Zaryzykuj

Zaryzykuj

 Obraz może zawierać: 2 osoby, uśmiechnięci ludzie, na zewnątrz











"Ja mam tak ryzykować?!"- Usłyszałam na sesji.
"Ja wolę stracić niż ryzykować!!!"-  Usłyszałam po chwili.
I to jest w porządku.
 Czy ja się zdziwiłam?
 Nie.
 Rozumiałam tą osobę i to bardzo dobrze ją rozumiałam.


Przez większość mojego małżeństwa zamiatałam pod dywan, nie mówiłam, że mi się coś nie podoba, albo że nie mam na jakieś zachowania mojego męża zgody. Choć nie, to nie do końca jest prawda.  Mówiłam. Ale w gniewie i bezsilności, gdy bańka naszych napięć w domu sięgała zenitu, a on wchodził bujnym krokiem, bo był pod wpływem procentów. Wtedy zaczynały się "wypominki". Ale czy on coś z tego pamiętał? Chyba nie, bo nic się nie zmieniało.
Mój potok słów był tak chaotyczny, że wcale się nie dziwię, że nie widziałam rezultatów ani poprawy w naszej relacji.
Czy ja później wracałam do rozmowy?
Nie.
Dlaczego nie wracałam?
Ponieważ bałam się gniewu, kary focha, który mógł trwać tydzień, dwa, trzy, a nawet cztery. Bałam się wypierania faktów, słów, że to ze mną jest coś nie tak, że to ja mam problem.
Bałam się zaryzykować!!!

Czy ja wtedy nie ryzykowałam?
Ryzykowałam! I to jak!
Ryzykowałam nerwicą żołądka u naszych dzieci, bezsennymi nocami, lękami, stanami depresyjnymi. Ryzykowałam utratą zdrowia całej naszej rodziny, bo ja byłam trzeźwa, widziałam więcej, mogłam też więcej zrobić.
Mogłam przestać niańczyć mojego męża, oddać mu odpowiedzialność za to co robił i tak też w końcu zrobiłam.
Zaczęłam rozmawiać, a gdy nie chciał rozmawiać, to komunikowałam, szukałam sposobów na poprawę naszej  relacji, na budowanie jej, na rozwiązywanie naszych problemów.  Słuchałam co mówią CI, którzy już byli w tym miejscu, do którego ja chciałam dojść. Namiętnie słuchałam Magdaleny Szpilki, to co ona przekazywała w filmikach na kanale YouTube bardzo do mnie przemawiało. Przestałam słuchać tych, którzy dawali "dobre rady" nie proszeni, a sami byli w" czarnej dupie", za przeproszeniem w swoich relacjach, w pracy, z finansami i ogólnie z życiem.
Dziś oboje z mężem jesteśmy inni. Wiele naszych zachowań się zmieniło, całkiem inaczej wyglądają nasze relacje w domu. Nie ma tego ciągłego napięcia, niedomówień, oszukiwania, krycia się po kontach.
Tylko musiałam zaryzykować i to nie raz, a setki razy.

Widząc osobę, która pod wpływem alkoholu wsiada do samochodu lub innego pojazdu, zaczyna się w tobie wszystko trząść.  Różne myśli przebiegają - między innymi takie, że to nie twoja sprawa, nie będziesz ryzykować kłótni z sąsiadem, że on się obrazi. Ale z drugiej strony, gdy ten człowiek się zabije, albo co gorsza śmiertelnie potrąci dziecko, to czy ty nie ryzykujesz? Podejmujesz ryzyko. Będziesz czuła/czuł się odpowiedzialna/ny, że go nie powstrzymałaś/eś.

Kamila Rowińska napisała kiedyś tak:
"Kto nie ryzykuje świadomie, ryzykuje podwójnie. Ta decyzja, której dziś nie chcesz podjąć, będzie dla CIEBIE  również decyzją, która będzie miała swoje rezultaty w twoim życiu."

Od dziesięciu, a tak konkretnie, to od ośmiu lat bardzo świadomie ryzykuję, podejmuję ryzyko.
Zaczęłam stawać  w obronie dzieci w szkole. Wcześniej miałam wpojone, że nauczyciel wie lepiej, zawsze ma racje, a to nie za każdym razem jest zgodne z  prawdą. Zaryzykowałam i to przyniosło ogromną wolność dla mnie i dla dzieci.
Idąc na terapie ryzykowałam, że moje małżeństwo się zakończy, że skończy się rozwodem.  Jakie było moje zdziwienie, że tak się nie stało!!!
Ryzykowałam, że "cała" rodzina się ode mnie odwróci.

Po roku terapii zwolniłam się z pracy. Widziałam jakie żniwo dzieci zebrały żyjąc w dysfunkcyjnej rodzinie. Nie będąc pewna czy mąż wytrzyma w trzeźwości , podjęłam to ryzyko i zwolniłam  się z pracy, by zająć się" odzyskaniem "dzieci. One same były pogubione, miały różne problemy, nie czuły się bezpiecznie przy nas.

Zawsze znajdą się koło nas takie osoby, które będą chciały nas zatrzymać w naszej drodze, które będą szeptać, to co właściwie sami mamy w środku-ten głos, który mówi nam : " nie uda Ci się, nie dasz rady, jesteś za głupia, co ty tam wiesz, a nie mówiłam"....
Kiedy chciałam otworzyć własną działalność, to też słyszałam: "państwo cię zniszczy, oni ciebie oskubią, nie poradzisz sobie, podatki cię zjedzą"....Dziś cieszę się, że nie słuchałam tych osób, a poszłam za głosem intuicji.
Bo my  mamy też w sobie światło, które daje nam siłę i moc do działania, do zmiany naszego życia. Możemy mieć marzenia i możemy je spełniać.  Możemy ryzykować, bojąc się tego ryzyka.
Możemy się zatrzymać w naszym "bezpiecznym" pudełku komfortu, ale też możemy dać krok, drugi i trzeci, wychodząc poza nie. W swoim tempie, w swoim czasie. " Bój się i rób"-to zdanie jest ze mną od początku mojej drogi.

Tak czy siak ryzykujesz...

Jeżeli czujesz, że ugrzęzłaś/ugrzęzłeś w swoim życiu, a chcesz ruszyć, chcesz zaryzykować, jednak nie wiesz jak to zrobić, to zapraszam Cię na sesje
 http://justynapettke.blogspot.com/p/blog-page_13.html

Opinie na temat pracy ze mną na sesjach znajdziesz w linku pod spodem
 http://justynapettke.blogspot.com/p/opinie.html



12:41

Brak pewności siebie

Brak pewności siebie
Ostatnio dostałam wiadomość:" Mój syn nie ma wcale pewności siebie.  Jak mu pomóc? "

To jest bardzo obszerny temat.
W tym   poście  postaram się odpowiedzieć na to pytanie, a przynajmniej nakreślić kilka istotnych aspektów w tym temacie.


Zacznę od rodziców dziecka, które może mieć niskie poczucie własnej  wartości.
Jeśli rodzic pozwala "wchodzić sobie na głowę" np. swoim rodzicom. Jeśli łatwo nim manipulować. Jeśli jest krytykowany i nie stawia jasnych, stanowczych granic. W takim przypadku obserwujące go dziecko uczy się, że jego rodzic ugina się, daje sobą pomiatać, tym samym ucząc je takiego samego zachowania.
Jeśli matka pozwala by dziadkowie wpychali jedzenie wnuczce/wnukowi, a widząc to, poddaje się, bo już tyle razy mówiła, że nie daje  dziecku  słodyczy. Ale co ma zrobić, oni już tacy są. A później krzyczy na dziecko mówiąc, że miało nie brać od dziadków słodyczy.


Gdy trzy pokolenia mieszkają pod jednym dachem, to dziecko w naturalny sposób, poprzez obserwacje wyłapie kto jest "samcem alfa w tym stadzie", kto mu nadaje kierunek i rytm. Jeżeli jego rodzice nie podejmują pewnie decyzji co do rozwoju syna/córki, często zmieniają zdanie, poddają się, bo dziadek lub babcia nie odpuszczają, nie są stabilni wobec dziecka i siebie, to ono traci grunt i pewność, kto tak naprawdę jest jego opiekunem, do kogo może zwrócić się o pomoc i wsparcie. Często też to dziecko czuje się jakby było między młotem, a kowadłem.


A czego uczy się dziecko widząc swoich rodziców na imprezie zakrapianej alkoholem, obściskujących się z innymi uczestnikami tej imprezy? Np. gdy matka tego dziecka nie stawia jasnych granic mężczyźnie, który otwarcie przekracza jej granice cielesne, to czy córka, która to obserwuje, będzie umiała powiedzieć" STOP", " nie dotykaj!", "nie możesz!"? Czy może  również dla świętego spokoju, żeby nie psuć atmosfery, podda się wbrew sobie?


Spotkałam się w czasie pracy na sesjach z takim obrazem: Mianowicie, klientka opowiada mi o tym, że gdy wylała szklankę mleka w dzieciństwie, to była za to zbita i dostała karę. Gdy przyszła się  przytulić do mamy, tak po prostu, to była odpychana, bo nie było czasu na te pieszczoty. Jednak  pies, który podbiegł do jej mamy był brany na ręce, pieszczony, mógł siedzieć na stole, nachlapać, nabrudzić. Ten pies w oczach tego dziecka dostał całą miłość  i uwagę tego rodzica. Czy to dziecko w przyszłości będzie pewne siebie? Czy ono jako dorosły człowiek, będzie stawiać siebie na pierwszym miejscu, skoro pies był ważniejszy, bardziej kochany?


Ile dzieci nie miało nic do powiedzenia, gdy ich  zabawki były wywalane na śmietnik, albo oddawane innym dzieciom? Co pokazujemy dziecku, gdy wchodzimy do jego pokoju bez pukania? Do toalety?
Jak często nie liczymy się z tym młodym człowiekiem, nie bierzemy pod uwagę jego potrzeb?
Ilu rodziców czyta korespondencje swoich dzieci, przegląda pocztę elektroniczną , zagląda do telefonu?
My chcemy dzieci WYCHOWYWAĆ, ale taką tresurą, żeby nigdy się za nich nie wstydzić, żeby były grzeczne, poukładane, żebyśmy zbierali same oklaski, pozytywne opinie na ich temat. Ooooo, ale to nam dobrze robi, bo to dziecko jest przedłużeniem nas samych.

DZIECKO JEST AUTONOMICZNĄ JEDNOSTKĄ Z WŁASNĄ SPECYFICZNĄ OSOBOWOŚCIĄ !!! Ma swoje potrzeby, pragnienia, ma cechy, które ma, a nie takie,  które chcemy żeby miało!!!!!!!!!!!!


To co jest ważne dla nas-rodziców, nie zawsze jest ważne dla naszych dzieci. Wiem, że możemy im pokazać jakąś drogę, przedstawić nasz punkt widzenia, ale nie przeżyjemy za nich życia, dnia, minuty.
Nasze latorośle sczytują z nas, z mimiki twarzy, z gestów. Informacje niewerbalne są dla nich prawdziwe, bo to co mówimy nie zawsze pokrywa się z tym, co robimy. I jeżeli wyczują fałsz, to nie będą nam  ufać.
Czyli jeżeli dziecko widzi rodzica, który nie dba o siebie, rezygnuje z siebie, sam siebie poniża, upokarza, krytykuje, który jest dla siebie największym katem, to już będzie miało zaburzone poczucie własnej wartości.


Następnym aspektem jest porównywanie.
Porównywanie rodzeństwa, wprowadzanie niezdrowej rywalizacji: "A zobacz jak Kuba zjadł obiadek, a ty się grzebiesz","Ty ciągle...!!!!"," Ty zawsze...!!!!".
Takie dziecko czuje się ciągle nie dość dobre. Ciągle  w oczach rodzica jest nie takie jakie ma być. A potem  w  dorosłym życiu  będzie szukało aprobaty w oczach innych osób.


Zabranianie dziecku czucia tego co czuje. Krytykowanie tego co robi np. babeczki, które piecze, nie zawsze mu wyjdą.  Naszej córce nie wyszły. Dodała za dużo jakiegoś składnika. Pomyliła się. Wyrzuciła je i powiedziała, że zrobi następne, że te jej na pewno wyjdą smaczne.  I zrobiła pyszne babeczki. Teraz piecze serniki, babki, robi sałatki i inne smakołyki, tak jak i pozostałe nasze dzieci.  Bo daliśmy im możliwość uczenia się, a podczas nauki zepsucia paru dań.


Ja sama po części byłam takim rodzicem. Na pewno w niektórych kwestiach, które tu opisałam, mogę siebie odnaleźć. Ja byłam tym zapalnikiem, który uruchomił w dzieciach  zapadkę o nazwie "NISKIE POCZUCIE WŁASNEJ WARTOŚCI".  Ja, mój mąż i jeszcze kilkanaście osób. I mam dla was dobrą wiadomość. Można to odwrócić. Można zacząć proces odwrócenia. I tak jak zaszczepiliśmy to złe, tak możemy wpuścić do środka, do wnętrza serca dziecka to co dobre: miłość, akceptacje, szacunek, empatie. Powoli, stopniowo, zaczynając od siebie. Aby siebie uzdrowić, trzeba w siebie zajrzeć, trzeba wykonać dużą pracę. Ja czytałam książki, przeszłam dwie terapie, warsztaty, szkolenia. Bycia matką uczę się cały czas. Ilekroć  już mam wrażenie, że jest super dobrze, to coś wyłazi i uczę się od nowa. Dzieci dorastają, zmieniają się, wchodzą w okres dojrzewania i ja znowu zderzam się ze ścianą. Wtedy słucham wewnętrznego głosu, bo to on mnie kieruje po porady, po treści potrzebne na dany czas, pokazuje do jakich osób zapukać, jaką książkę przeczytać. Mam wokół siebie ludzi, którzy mnie wspierają.


Staram się być empatyczna najlepiej jak umiem, choć bywa i tak, że mi się to nie udaje. Pozwalamy w naszej rodzinie dzieciom na przeżywanie emocji. Złości,  niezgody, smutku, żalu, straty, szczęścia, radości (nie wszędzie, nie w każdym domu dzieci mogą śpiewać, śmiać się głośno).  Pozwalamy się zezłościć na nauczyciela. Upadać, bo upadki są częścią rozwoju i życia ogólnie. Pozwalamy na bylejakość i na perfekcje, na chcenie i nie chcenie, na bycie i nie bycie, na próbowanie i odwracanie głowy, na podróże-te bliskie i te dalekie, pozwalamy na ODCINANIE PĘPOWINY OD NAS!!!
Ja stworzyłam sytuacje, doprowadziłam do kilku bardzo ważnych, uwalniających rozmów między mną, moim mężem i naszymi dziećmi, o tym co im zrobiliśmy, gdy byli mali. Co się działo w naszym domu, jaki był nasz stosunek do nich. Że było bicie, wyzwiska, krzyki, poniżanie, wbijanie w poczucie winy. Czasami nadal się prześliźnie niepostrzeżenie takie nasze, jako rodziców, zachowanie, ale my to szybciej wyłapujemy, pokazujemy sobie z mężem nawzajem. Dzieci nam mówią co my robimy źle, że im się coś nie podoba. Bo mogą, nie są za to krytykowane. Ostatnio rozmawiając z córką, powiedziałam jej o kilku sytuacjach z jej dzieciństwa i ona odpowiedziała, że ich nie pamięta. Może tak być, ponieważ było to pewnie dla niej  tak bolesne, że odcięła się od tego. Zapewniłam ją, że jak przyjdzie kiedykolwiek do niej ten obraz, to uczucie, które wtedy zblokowała, to może wyrzucić mi wszystko, że ma do tego prawo. Wspieram w nich ich kreatywność. Nie bagatelizujemy ich potrzeb, pragnień i na tyle na ile możemy np. finansowo, fizycznie, albo mentalnie, to ich wspieramy. Od kilku lat  nie ma już w naszym domu kar i nagród. Robimy sobie niespodzianki, przyjemności, ale nie nagradzamy dzieci  np. słodyczami. Mamy swoje rytuały-w sierpniu na przykład, gdy spadają gwiazdy, ja gotuję kakao i siadamy na huśtawce w ogrodzie.  Siedzimy tam, opowiadając sobie różne historie, snując plany i marzenia. Siedzimy tak do późnych godzin nocnych, ciesząc się sobą na wzajem.
Pozwalamy sobie na bycie w odosobnieniu, bo nie zawsze mamy przestrzeń na bycie z kimś. I tak można, bo czasami jest i taka potrzeba.

Swoją osobą pokazuję, że dbam o siebie, że nie odkładam siebie na później. Pokazuję, że jak mi na czymś zależy to robię wszystko, żeby ten cel osiągnąć. Mówię prawdę, nie oszukuję, nie manipuluję, żeby osiągnąć cel. A przynajmniej nie robię tego świadomie. Stwarzam dzieciom sytuacje, w których mogą się zmierzyć z całkiem nowymi emocjami, których do tej pory nie mogły czuć. Pokazuję im, że akceptuję mój wiek, moje ciało, to kim jestem. Że mam ułomności i one są częścią mnie. Że nie umiem pewnych rzeczy, ale mogę spróbować się nauczyć. Że jak mi coś nie odpowiada, to nie będę się naginać, żeby komuś zrobić dobrze.
My mamy ogromny wpływ na nasze dzieci i dobrze by było, gdybyśmy wzięli za to co mówimy i robimy odpowiedzialność. Dobrze by było, gdyby każdy rodzic wziął odpowiedzialność za to, co zrobił swojemu dziecku. Bo nie ma rodzica idealnego i tam gdzie jest widoczna dysfunkcja w rodzinie, łatwiej jest pokazać, co było nie tak. Są też  tak zwane" normalne rodziny", gdzie stosowana  była "przemoc w białych rękawiczkach". Osobom wychowanym w takich  o wiele trudniej jest skontaktować się z tym, co boli i  odkryć dlaczego to tak cholernie boli. Ale ten temat zostawię na inny post lub filmik.

Moim marzeniem jest być dla dzieci drzewem, które daje zdrowe, obfite owoce.

Mogłabym pisać i pisać...
Wiele lat trwa tworzenie w człowieku uczucia, że jest do niczego, że jest byle kim. Tak samo odbudowywanie własnej wartości,  cegiełka po cegiełce, jest długim procesem. Zacznij już dziś, a szybciej nastąpi przełom.
Zapraszam Cię do komentowania.
Jeżeli uważasz, że to co przekazuję powyżej może komuś otworzyć oczy, uświadomić coś ważnego, to proszę, udostępnij post.


Borykasz się z niskim poczuciem własnej wartości? A może Twoje dziecko  ma z tym problem?
Potrzebujesz wsparcia?  Zapraszam Cię na sesje.
  • http://justynapettke.blogspot.com/p/blog-page_13.html




00:45

Bezwstydni

Bezwstydni
Z czym kojarzą się Tobie słowa "bezwstydna", "bezwstydny"?


Żyjemy w kulturze, w której najbezpieczniej jest być osobą poprawną, nie wychylać się i kiwać głową potakująco.
Na szczęście, to się zmienia i to w bardzo szybkim tempie. Gdy mieścimy się w normach społecznych i rodzinnych, to jest normalnie i poprawnie. Ale czy jesteśmy szczęśliwi? Czy możemy rozłożyć nasze skrzydła?
Bardzo rzadko, bo jesteśmy krytykowani, zawstydzani, oskarżani o brak lojalności...


Ile razy w życiu myślałaś/myślałeś, żeby pójść do szefa i poprosić o podwyżkę?
Co wtedy pojawiło się w twojej głowie i w ciele? Może myśl, że cię wyśmieje? Że nie zasługujesz? I znajdziesz tysiąc kontrargumentów na te, które wcześniej przemawiały za tym, byś do niego poszła/poszedł. Pojawia się WSTYD i lęk.
Widzisz na wystawie piękną sukienkę, ale ona ma duży dekolt. "No jak ja się w niej pokażę? Co ludzie powiedzą? I ta długość..."-myślisz. I robisz wszystko by ją sobie oszpecić, bo nie chcesz być wyzywająca, a może masz wypartą swoją kobiecość? Bo bycie kobietą, to już dla niektórych osób jest grzech. Pojawia się WSTYD jeszcze zanim ją założysz.
Czy TY dajesz sobie prawo prosić o cokolwiek? Prawo do spełniania marzeń? Prawo do bycia SOBĄ?


Kilka lat temu, w takiej luźnej rozmowie ze znajomymi i z człowiekiem, którego może widziałam  po raz drugi w życiu (osoby te były dużo starsze ode mnie), pojawił się temat ciułania, narzekania na  małe  pensje, małe stawki godzinowe, itp. Ja nie chciałam uczestniczyć w tej dyskusji, bo ona opierała się na tym, że wszyscy jesteśmy ofiarami systemu i nie mamy wpływu, ani możliwości zmiany.
Mogłam wyjść, mogłam przytakiwać, ale mogłam też zabrać głos i narazić się na WSTYD.
Ja zrobiłam to trzecie.
Ich głosy były  bardzo podniesione, czuć  było oburzenie i poczucie niesprawiedliwości. Było jasne na kogo zrzucają odpowiedzialność. A ja zadałam  im pytanie,  jaką chcieliby mieć stawkę godzinową. Ile ona ma wynosić?
Zapadła cisza, konsternacja, widać było, że szukali drugiego dna :)

Mężczyzna, którego nie znałam, zapytał mnie, ile ja bym chciała zarabiać. Ja odpowiedziałam, że  200 zł na godzinę.
Podczas gdy przy dobrych wiatrach zarabiałam na godzinę15/20 zł.
Jedna z kobiet tak parsknęła śmiechem, że się zakrztusiła. Mój znajomy też mnie wyśmiał, a nieznajomy, powiedział, że  też by chciał tyle zarabiać, ale to jest niemożliwe.
Dla nich może nie jest, ale ja trochę z bezczelności, trochę bezwstydnie, zaczynam osiągać mój cel, a przynajmniej jestem blisko.


Gdy w moim życiu było szaro i ponuro. Gdy byłam jak chorągiewka. Gdy mąż pił i to ja kontrolowałam wszystko i wszystkich, a przynajmniej tak mi się wydawało:))) W naszym domu były  wieczne awantury, ciche dni, ogromne napięcie, obojętność... Brrrrr, jak sobie to przypomnę...
To w tym czasie opowiadałam innym osobom o moim nieszczęściu, a oni byli, słuchali, dawali rady. Było super!!!(ironia)
Kiedy poszłam na terapię, moje życie zaczęło się zmieniać. Ja zaczęłam być radośniejsza. Zauważyłam to, co ja robię nie tak. Przestałam mówić i obarczać winą TYLKO innych. Wówczas już nie wszyscy chcieli mnie chętnie słuchać. Ja wtedy czułam taki potężny WSTYD, jakbym robiła coś złego. Widziałam, że te osoby zmieniały temat, nie spotykały się już ze mną tak często. Całą sobą czułam, że nie mogę opowiadać o swoim szczęściu, że nie mogę BEZ WSTYDU tryskać energią, mówić o moich sukcesach i emanować radością na lewo i prawo, bo to takie "nienaturalne". "Wstydź się! Jak możesz!?" Dlaczego? Bo oni musieliby spojrzeć w siebie. Zobaczyć, że oni też tak chcą. A wtedy trzeba by było wyjść ze swojego domku komfortu.


Wstydem jest prosić o pomoc, o podwyżkę, mówić co sprawia nam radość, jak lubimy gdy nasz partner nas dotyka. WSTYDEM jest mówić innym, jakim jesteśmy cudem i wartościowym człowiekiem. bo to jest próżność!!!
Naprawdę?!
Czy to jest prawda?
Moim zdaniem to jest absurd.


Wstyd w pewnym sensie pozwala nam tkwić, w tym co jest znane i pozornie bezpieczne. Nie musimy wtedy wychodzić z naszego domku komfortu. Tkwimy w nim, choć jest nam ciasno, niewygodnie i ciemno jak w d...e.
Ile omija nas fajnego, pozytywnego? Słońce, ciepło, większa stawka godzinowa, radość, która miałaby szansę rozgościć się w naszym ciele, gdybyśmy ją pokazywali częściej. Mówiąc czego chcemy i co lubimy, bylibyśmy zaskakiwani upominkami.
Wstyd jest nam potrzebny, ale nie toksyczny wstyd, który nas pomniejsza, neguje i powstrzymuje.


WSTYD- BEZ WSTYD.
Możemy być bezwstydni i upomnieć się o coś, co jest przez nas pożądane, czego pragniemy. Możemy po to sięgać.
Możemy chcieć i możemy głośno o tym mówić, przyjmujmy komplementy i opowiadajmy o naszym szczęściu. BEZ WSTYDU.

Do czego was serdecznie zachęcam.

Ps. Zapraszam Cię do komentowania i wypowiedzenia się na temat: jak TY i twój WSTYD  macie się ze sobą.

13:03

Sesja z Klientką

Publikuję za zgodą i na prośbę klientki.

Dzisiejsza sesja jest kontynuacją wcześniejszych naszych cotygodniowych spotkań.
Jest to urywek naszej pracy.


Spotykamy się na skype.
Wyczuwam podenerwowanie, złość, żal.
Aneta zaczyna opowiadać, że znowu wykonała telefon do faceta, który ją zostawił.
Mówi, że za każdym razem, gdy tak się dzieje, to ona wyciąga pierwsza rękę, że żebrze o uwagę, wręcz skomle jak pies. Jej złość narasta. Ma tego dość- tego upodlania się, żebrania. Przecież on jej nie ma nic do zaoferowania. Słowa, które padały z jego ust ostatnio tak bardzo krzywdziły jej  i tak już poharatane  serce.

Jest w niej część, która woła: "Zostaw już to! Nie dzwoń! Nie proś! Przestań ciągle o kogoś zabiegać!!!
Zobacz co oni z tobą robią! Z twoim życiem!"
Ale jest i taka część, która czuje się bardzo samotna. Tak cholernie, przeraźliwie samotna, że aż boli, rozrywa ją na kawałki. To ta część łapie za telefon, pozwala się niszczyć, krytykować. Ta część, kiedy słyszy:" Lubię jak jesteś miła", to nie widzi w tym nic złego. Robi wtedy wszystko, żeby być miłą. Odcina się od emocji, chowa je w czeluściach duszy i ciała, staje się powoli martwa, pusta jak wydmuszka.

Rozmawiamy. Zaczyna się proces uwalniania....
Ona czuje całą sobą, że robi to samo co matka- rezygnuje z Siebie całkowicie, by zadowolić....
Kogo?
Ojczyma, który ją miał i za córeczkę, i za kochankę, i za zabawkę....
Który molestował ją przez pół życia, znęcał się psychicznie i fizycznie.
Zaczyna boleć. Ból jest odczuwalny w całym  ciele.

Proszę by zamknęła oczy, zobaczyła ojczyma oczami tej małej dziewczynki, wsparła ją i obroniła przed nim. By powiedziała na głos co on jej zrobił, jak ona się z tym czuła. Jak czuła mieszane uczucia dziecięcej miłości, podniecenia, strachu, obrzydzenia do siebie, samotność.
Całe jej ciało to pokazywało, na każdej sesji. Ona nie miała wtedy wpływu na to co on jej robił, na to, że matka zamykała oczy, uszy, umysł, żeby nie widzieć co dzieje się z jej czteroletnią córeczką. Ale dziś, dziś już  ma wpływ na swoje życie...

Gdy się rozmówiła z ojczymem, zapytałam ją czy nadal ma ochotę zadzwonić do byłego.
Gdy zamknęła oczy, zobaczyła tą część Siebie, która bez namysłu z automatu by to zrobiła.
Zobaczyła staruszkę-wychudzoną, w obszarpanych łachach, z jednym zębem, z szarą poświatą, z długimi, siwymi włosami. Bardzo zniszczoną; ciągłym zabieganiem o miłość, upadlaniem się. Zniszczoną ciągłym zadowalaniem innych, pomimo bicia, wykorzystywania seksualnego, wyzwisk....
Patrząc na nią czuła obrzydzenie, wstręt, niechęć.
To był jej niezintegrowany cień.

Spotkanie z cieniem było ostatnią rzeczą, którą miała ochotę zrobić, ale w to weszła.
Obserwując Go, zauważyła, że ma ochotę Go przytulić,pomimo tego, że był taki odrażający.Tuląc się,  poczuła,że jej ciało zaczyna się trząść. Szarpał jej ciałem szloch. Poczuła nagły przypływ ciepłych uczuć. Zaczęła integrować się z rozszczepioną częścią Siebie.
Zobaczyła ile w tej części jest bólu, samotności, odrzucenia, braku akceptacji.
Moje ciało też było cały czas spięte. Czułam kłucie w okolicy serca, miałam ciarki.

Po bardzo długiej chwili Aneta zaczęła widzieć całkiem inny obraz. Piękną, starszą, szamankę. Bardzo mądrą.  Z pięknymi złotymi włosami. Czuła, że to ta kobieta ją teraz wspiera, a nie ona ją. Czuła energię całego kobiecego rodu-siłę, odwagę, a zarazem delikatność, wrażliwość, empatię.
Przyszedł głęboki oddech.
Zauważyłam jak jej twarz się zmienia, staje się łagodna, promienna.
Moje ciało też się rozluźniło. Odczułam ogromną ulgę.
Długo to trwało zanim przeszła cały proces transformacji i integracji niezintegrowanego...
Ulga jaka rozpłynęła się w jej ciele i spokój- bezcenne.

Przyszedł czas się pożegnać z Byłym. Odciąć od tego co nie służy. Teraz już z łatwością i zdecydowaniem.
Na wszystko przyjdzie czas, gdy tylko mamy w sobie gotowość by to puścić, by zadbać o Siebie, by spotkać się z Swoim cieniem.


Ps. Jest to urywek sesji. Dziękuję Anecie za możliwość podzielenia się fragmentem jej  historii.

Jeśli potrzebujesz wsparcia, to zapraszam Cię na sesje.

13:14

Proces zdrowienia nie jest łatwy

Proces zdrowienia nie jest łatwy
Czy  byłaś kiedyś na  terapii lub warsztatach, na których  powierzchownie dotknęłaś Twoich emocji? Czy w trakcie nich, jak i zaraz po, czułaś ogromny poziom pozytywnej energii?  Twoje samopoczucie  poprawiło się natychmiast i miałaś wrażenie, że możesz góry przenosić?
Jednak już po dniu, a może po kilku dniach emocje opadały?
A może przychodziły do Ciebie myśli:" Ja tak nie potrafię. U mnie nic się nigdy nie zmieni. Dlaczego inni umieją, a ja nie?  Nigdy nie ruszę do przodu, jestem do niczego...".
Wtedy przyszło poczucie straty pieniędzy, czasu i nadziei.


Wielokrotnie uczestniczyłam w warsztatach, po których wracając, leciałam jak na skrzydłach. Wzrastał mi poziom pozytywnej energii. Byłam pełna nadziei. Jednak to trwało kilka dni, bo było powierzchowne. Chcę zaznaczyć, że nie mam nic przeciwko takim  formom podnoszenia energii, jednak uczulam, że są one chwilowe.



Będąc w terapii czułam się ,,przeorana"  na wszystkie strony. Bardzo często po trzydniowym maratonie terapeutycznym wracały do domu moje ,,zwłoki". Ledwo ciągnęłam za sobą nogi. Mój mąż i dzieci przyjeżdżając po mnie, chcieli rozmawiać, opowiadać co robili w czasie, gdy mnie nie było, iść ze mną na spacer. A ja cała opuchnięta od płaczu, z otwartymi ranami, marzyłam  tylko o tym żeby położyć się i zasnąć. Oczywiście nie było tak cały czas. Jednak na pewno większość maratonów wyjazdowych tak właśnie wyglądała. W trakcie tego procesu niejedna osoba spadła z piedestału, na którym ja sama ją postawiłam. Były też takie osoby, które w moich oczach zyskały miłość i akceptacje.
Był to czas, kiedy wszystko mi się w głowie,, pokiełbasiło". Czułam zderzenie dwóch światów. Tego, w który całe życie wierzyłam, z tym, który wyłaniał się z mojej podświadomości. Zobaczyłam też jak zależna byłam od wielu osób i emocji. W tamtym czasie moje zaufanie do siebie było bardzo małe. Więc czułam mieszane uczucia: lęku-bezpieczeństwa, przerażenia- ulgi, złości- radości.
Na pewno nie była to łatwa droga i z pewnością łatwiej byłoby pójść na warsztat, na którym wszyscy mówią: ,,Możesz wszystko.  Myśl pozytywnie. Nie patrz w przeszłość...". Ja jednak nie poszłam po najmniejszej linii oporu. Wybrałam drogę trudniejszą. Jednak z perspektywy czasu, bardziej wartościową. Dzięki temu dziś nie muszę ,, sztucznie" podnosić sobie energii. Ja ją po prostu mam, bardzo często, naturalnie.


Dlaczego wam o tym piszę? Często,gdy pracuję na sesjach z Klientami, po kilku spotkaniach zaczyna być ciężko. Dzieje się tak, ponieważ to, co było zepchnięte do podświadomości, wychodzi na wierzch i cholernie boli. Jest też niewygodne, bo nieznane. Ciało  z kolei odczuwa ból fizyczny. Wtedy ego Klienta, jego lęk, posuwa go do tego by spasował. Żeby się poddał, wylogował z tego co zaczął robić, a nawet przerwał proces. Chce uciec. Ale to jest złudne, bo nie można uciec od siebie. Wszędzie, dokądkolwiek pójdzie, to co nosi w sobie, będzie wybuchało jak wulkan. Będzie mu towarzyszyć jak najwierniejszy pies. 


Ja wiem, że to nie jest łatwe. Odblokować traumy, które tak skutecznie były odsuwane. Dla niejednej osoby z Was jest to pierwszy raz w życiu, gdy spotyka się z Wewnętrznym Dzieckiem. Dzieckiem przestraszonym, przerażonym, zalęknionym, nieufnym, smutnym. Czujecie wówczas ciężar ilości sygnałów wysyłanych przez tą małą istotę wewnątrz was. W końcu ktoś dopuścił ją do słowa, w końcu może być zauważona, usłyszana. Wtedy słyszę od Klientów, że ciągle przychodzą do nich obrazy, które były zapomniane, wymazane. I to jest dobre. W końcu została otwarta puszka Pandory. Ale Klienci tego nie chcą.
Boją się.


 Jeśli coś takiego Cię spotyka, zastanów się, czyj jest ten wewnętrzny głos. Wewnętrzny krytyk, który mówi: ,, Po co Ty to ruszasz? Co Ci to da? Masz naprawdę źle w życiu?".
Kogo to jest głos?
Wobec kogo jesteś nielojalna, rozpoczynając proces uzdrawiania?



Osoby, które przechodząc przez ten proces pomimo strachu,  nie zrezygnowały, dziś są stabilne emocjonalnie. Mają silny kręgosłup. Nie wieszają się na innych osobach. Nie mają stanów lękowych i ufają sobie. Mogą na sobie polegać. Wierzą w siebie, choć wcześniej tak nie było.
To jest proces, poprzez który ja też przechodzę od 11 lat. Proces, poprzez który przechodzi mój mąż i nasze dzieci.  I większość osób, z którymi pracuję.

OCZYWIŚCIE KAŻDY W SWOIM TEMPIE!


Czyli jeszcze raz, podsumowując:
  • Możesz całe życie chodzić na spotkania, na których usłyszysz: ,,Jesteś ładna. Jesteś mądra. Świat Ci sprzyja, leży u Twych stóp. Możesz mieć tyle pieniędzy ile zapragniesz." Tylko co Ci to da, kiedy pod spodem będziesz miała zakodowane inne przekonania? Będziesz miała ropiejące rany i totalny chaos. To da Ci powierzchowny, krótkotrwały  zastrzyk energii.
  • Zaczynając proces zdrowienia, odkrywania prawdy, licz się z tym, że będzie bolało. Czasami cholernie mocno. Najdzie Cię ochota, żeby uciec gdzie pieprz rośnie.  To potrwa jakiś czas. Dla każdego ten czas jest bardzo indywidualną sprawą. Spotykając się z tym, co bolesne- uzdrawiasz Siebie. Wiem, że gra jest warta świeczki.
  • Szukając pomocy zastanów się czego tak naprawdę chcesz. Czy chcesz powierzchownej ulgi, czy zmiany na całe życie?!

Tego Tobie życzę-byś wiedziała czego Ty chcesz. Żebyś w tych wszystkich informacjach, które spływają na Ciebie w ciągu dnia, usłyszała SIEBIE.


Jeżeli jesteś osobą, która chce głębokich zmian, która nie boi się zmierzyć z tym co jest bolesne, pomimo strachu, to zapraszam Cię na sesje.

09:34

Miejmy odwagę iść za głosem serca

Miejmy odwagę iść za głosem serca
Dziś chcę się odnieść do komentarza, który napisała osoba anonimowa.
Jego treść brzmiała mniej więcej tak:,, Tylko głupiec zapłaciłby za sesję komuś, kto nie ma ukończonych studiów psychologicznych."

Od bardzo dawna słyszałam pod swoim adresem komentarze: ,,Byłabyś dobrym terapeutą, widzisz więcej niż pozostali.", ,,Widzę ciebie na uczelni psychologicznej." ,,Bądź terapeutą!  Potrzeba nam takich osób jak ty!"
W mojej głowie powstało pytanie: czy iść w stronę ,,typowej" psychologii, czy iść za głosem serca?
Wybrałam to drugie. 
Już wyjaśniam dlaczego. Między innymi dlatego, że nie chciałam uczyć się o wszystkim i o niczym.  Przedmioty  na studiach są różne-te potrzebne i te w mojej opinii, niepotrzebne,  które jednak zaliczyć trzeba. Nie chciałam też dać się ,,przerobić". Chciałam pozostać taka, jaka jestem, a nie,, wsadzona w ramy". Nie każdy oczywiście da się w te ,,ramy -wsadzić".


Żeby była jasność, chcę wyjaśnić, że ja mam ogromny szacunek do wykwalifikowanych psychologów. Sama miałam to szczęście, że,,trafiałam" na najlepszych w swoim fachu i chylę przed nimi czoła. Są to osoby z pasją, posiadające to ,,coś", dzięki czemu są bardzo dobre w tym co robią.
Jednak jest też duża ilość terapeutów, psychologów, psychiatrów, którzy pomimo  ukończenia bardzo dobrych uczelni, krzywdzą swoich pacjentów.  Takie informacje bardzo często słyszę od moich klientów i znajomych. 
Tak samo jest z osobami, które wiedzę zdobywają na kursach- są bardzo dobrzy, przeciętni i ci, którzy się do tego nie nadają. 


Czym dla mnie są studia?
Zgłębianiem wiedzy w danym temacie, poszerzaniem horyzontów,  wymianą spostrzeżeń. Nasza świadomość w konkretnej dziedzinie  poszerza się.
Czym są dla mnie szkolenia i kursy?
Zgłębianiem wiedzy w danym temacie, poszerzaniem horyzontów, wymianą spostrzeżeń. Nasza świadomość w konkretnej dziedzinie  poszerza się. 

Tylko, że na studiach uwagę od rzeczy dla mnie najważniejszych odwróciłyby oceny, zaliczenia, nieinteresujące mnie przedmioty, na których naukę musiałabym poświęcać czas, bo tego wymaga program. Czas, który na studiach rozmieniałabym na drobne, na szkoleniu poświęcam w stu procentach na wiedzę , która w przyszłości mi się przyda. Są szkolenia kilkudniowe, i są też roczne. Jest cała masa informacji, często również praktyki. Dla mnie jest to bardziej wartościowe niż studia. Dla ciebie nie musi takie być.

To się tyczy wszystkich dziedzin.
Jeżeli ktoś podejmuje naukę w szkole gastronomicznej, z podejściem, że jakąś szkołę trzeba ukończyć. Brnie w to dalej, kończąc technikum, potem studia. Nie ma jednak w sobie tego ,,ognia'', tej pasji i ciekawości  tego zawodu; ( a często tak bywa). Taki ktoś będzie pracował w barze  i robił byle jaką zupę pomidorową, bo nie będzie w to wkładał miłości. Jeżeli jednak ktoś ten ,,ogień" i pasję będzie w sobie miał, to nie będzie potrzebował całego zakresu materiału ze szkół by być wziętym kucharzem.

Dla mnie zarówno studiowanie jak i udział w szkoleniach czy kursach, jest to zgłębianie wiedzy, po to by być dobrym, a nawet bardzo dobrym w tym, czym  chcemy się zajmować w życiu.
Czas i pieniądze przeznaczone na ten cel, uważam za,  jak najbardziej, dobrze spożytkowane.

Na koniec chciałabym polecić wam obejrzenie  filmu Ojca Szustaka, bardzo wpisującego się w poruszany przeze mnie temat:

10:16

Bądźmy obecni w życiu dziecka

Bądźmy obecni w życiu dziecka
Kiedy jeden z rodziców lub oboje, żyją przyszłością lub przeszłością, a nie teraźniejszością, to do dziecka trafia impuls, informacja, że trzeba ten stan zrównoważyć. Dziecko robi to intuicyjnie, nieświadomie. W pewnym sensie jest wykorzystane do tego przez rodziców.

Na przykład ojciec zginął w wypadku, a matka nie może się otrząsnąć po jego śmierci. Żyje ciągle przeszłością nie mogąc odzyskać równowagi. Albo po śmierci ojca dziecka, matka bierze na siebie obowiązki swoje i męża. Chce  za WSZELKĄ cenę udowodnić, że sobie poradzi. Pracuje ,,za dziesięciu'', wymusza na dzieciach bardzo dobre wyniki w nauce, narzuca im  lawinę zajęć pozalekcyjnych.
Wymaga od siebie rzeczy niemożliwych, wciąż zamartwiając się o przyszłość. Zarówno  matki z pierwszego przykładu, jak i z drugiego, nie ma w TU i TERAZ. Nie ma ich w teraźniejszości.

Tych przykładów można mnożyć np. w rodzinie alkoholowej, gdzie jedno z rodziców nadużywa alkoholu, a drugi rodzic jest współuzależniony.
Wygląda to tak- pijący rodzic ciągle kombinuje gdzie by tu wypić, z kim, jaki mieć pretekst by się napić. Ten rodzic ciągle wybiega w przyszłość, nie ma go w Tu i Teraz. Jak jest ,,trzeźwy", to też nie nadaje się do życia, bo ma kaca, jest podenerwowany, wycieńczony. Co się dzieje z rodzicem współuzależnionym? Może chociaż on jest w Tu i Teraz? Nie!!! Wiecie co się dzieje z tym rodzicem?! Cha, to jest dopiero jazda! Chodzi od okna do okna, wypatrując czy alkoholik wraca do domu i czy jest trzeźwy. Kontroluje wszystkie  zakamarki w domu, garażu i inne miejsca przechowywania butelek z alkoholem. Wysyła dzieci po pijącego rodzica, żeby przyprowadziły go do domu. Snuje  w głowie plany czego to nie powie temu pijącemu jak tamten wróci, czym go postraszy, a czym zaszantażuje. Prawda?!

Dla dziecka, tych rodziców nie ma- emocjonalnie, a często i fizycznie. Jeżeli nawet są fizycznie w pobliżu dziecka, to ono wyczuwa napięcie i frustrację. Boi się przytulić lub obciążyć ich jeszcze dodatkowymi, swoimi dziecięcymi, problemami. Boi się powiedzieć, że jest pełne obaw i lęku w takich sytuacjach, jakie się dzieją w jego domu. Nierzadko słyszy: ,,nie teraz", ,,za chwilę", ,,jutro", ,,później"- i te obietnice nie są spełniane.

Co się dzieje z dziećmi takich rodziców?
Muszą radzić sobie same!
Zaczynają się uczyć, że mogą liczyć tylko na siebie.
Często przejmują rolę rodzica, zaniedbują naukę, marnują swoje naturalne, wrodzone talenty.
Takie dziecko nie zaatakuje rodzica, nie zmierzy się z rzeczywistością, będzie rodzica chronić i będzie radziło sobie tak jak umie. Jest ono samotne. Samotne emocjonalnie. Nie czuje wsparcia od rodziców, ba, często to ono jest wsparciem dla nich (pożyczając im pieniądze, dbając o dom, przygotowując za nich posiłki).
Wspiera swoją mamę lub tatę, a czasami oboje, swoim małym, drobnym ramieniem!
To dziecko w swojej samotności szuka jakiegoś sensu życia. Szuka środowiska, w którym będzie zauważone, docenione, gdzie będzie przynależeć. Chce być wysłuchane i zrozumiane.
Te środowiska mogą być różne. To może być osiedlowy klub sportowy, szkolna kapela, grupa osób palących trawkę. Dopiero wtedy, gdy to dziecko znika z oczu opiekunów i zamyka się w swoim świecie, rodzic wraca do TU i TERAZ. Czasami na chwilę, na moment, a czasami zostaje sparingpartnerem dla swojego dziecka w drodze do dojrzałości. Nie osacza go nadmiernie, ale mu towarzyszy.

Ja byłam w każdej z tych ról- byłam takim dzieckiem, byłam też nieobecnym rodzicem. Czasami zdarza mi się nadal nim być, jednak bardzo szybko to wyłapuję. Najważniejsze jest to, że jestem tego świadoma i mogę to zmienić.

Nie mówię do siebie ,,ja taka jestem", ,,ja już taka jestem", bo te zdania ograniczają, zarzucają swoje niewidzialne macki i osadzają w nic nierobieniu. Tak, one dają przyzwolenie na NIC NIEROBIENIE albo znikome działanie, które nie przynosi rezultatów.
Kochani, zauważmy nasze dzieci ! One są nam dane na jakiś czas. Później pójdą swoją drogą. Bądźmy dla nich wsparciem, nawet gdy się potkną, a może właśnie przede wszystkim wtedy. Bądźmy obecni i fizycznie i emocjonalnie.

Bądźmy dla naszych dzieci tym, czym jest latarnia dla marynarzy. :)



12:15

Retrospekcja

Retrospekcja
Na jednej z grup internetowych przeczytałam post, w którym jedna z użytkowniczek opisała jak czujemy się pomagając innym, a jak pomagając sobie. W tym poście wszystko wskazywało na to, że satysfakcję odczuwamy jedynie pomagając innym. Kiedy zaś skupiamy się na sobie, na swoich potrzebach, odkładając sprzątanie domu, zakupy czy stertę prania na bok, bo jesteśmy zmęczeni po pracy, to mamy wyrzuty sumienia.

Autorka posta zaproponowała, żebym czytając to, przeniosła się myślami o 10 lat do przodu i wyobraziła sobie, że:
  • zdobyłam to wszystko, co planowałam zdobyć,
  • nauczyłam się tego wszystkiego, czego chciałam się nauczyć,
  • poznałam samych ciekawych i pomocnych ludzi,
  • cały świat mi sprzyja,
  • mój wysiłek przyniósł nad wyraz fantastyczne rezultaty,
  • po prostu lepiej być nie może, 
Przesłaniem tego posta było, w mojej ocenie, to, żeby znaleźć złoty środek pomiędzy pomaganiem innym i sobie,  braniem i dawaniem, pracą i odpoczynkiem.  Oraz żeby to nasze przyszłe Ja, było dla nas mentorem i wsparciem.

Teraz opiszę wam, co się zadziało  w moich myślach podczas czytania tego posta.

Mój umysł cofnął się o 10 lat wstecz, do roku 2007. Dookoła mnie byli sami potrzebujący ludzie i zwierzęta. Na każdym kroku. Tacy co nie mieli co do garnka włożyć.  Oni byli na pierwszym miejscu, a wtedy dopiero potrzeby moje i mojej rodziny. Ciągle spotykałam takich, których trzeba było zawieźć, przywieźć, odebrać, podrzucić. Byli i tacy, którym dom trzeba było pomóc posprzątać, okna umyć. No Byli wszędzie- na przestankach, chodnikach, w kolejce w sklepie, w ośrodku zdrowia. Przyciągałam ich jak miód niedźwiedzie. Godzinami ,,wisiałam' na telefonie i ,,zbawiałam'' zagubione duszyczki. Był taki czas, że gdy wracałam do domu po pracy, to czekał na mnie zbłąkany jeż lub przerażony króliczek. No i trzeba było się nimi zająć. Był to kolejny sposób,poprzez który wszechświat chciał, żebym dostrzegła, kto tak naprawdę tej pomocy potrzebuje. Miałam poczucie, że jestem potrzebna, niezastąpiona. Byłam w błędzie.

Czas, który poświęcałam innym( a robiłam to bez opamiętania), tak naprawdę był czasem, który miał być poświęcony mnie i mojej rodzinie. To sobie miałam dać uwagę. Przyjrzeć się, co się dzieje w moim małżeństwie, a nie w czyimś. Te malutkie jeżyki i zajączki, które potrzebowały mojej opieki i bezpiecznego kąta, symbolizowały  nasze dzieci. To one potrzebowały mojej uwagi, mnie- obecnej w ich życiu.

Wszystkie znaki na  niebie i ziemi pokazywały mi, że to ja potrzebuję pomocy, wysłuchania i uwagi.  10 lat temu ciągle,,łapałam kapcia" jeżdżąc autem. Na każdej uczęszczanej przeze mnie trasie, znałam wszystkie wulkanizacje. Tak więc nawet moje auto mówiło:  ZATRZYMAJ SIĘ! STOP!  Nie dla kogoś miałam być superbohaterką tylko dla siebie.

W tamtym czasie i jeszcze w niedalekiej przeszłości marzyłam by wygrać ,,szóstkę" w totolotka. Dziś zastanawiam się na co by mi ona była- ta wygrana. Gdzie bym dziś była, gdybym wtedy wygrała? Czy włożyłabym wysiłek w to co osiągam krok po kroku? Czy uszanowałabym te pieniądze? Myślę, że nie.

Napiszę wam coś więcej-ja dziś czuję się, jakbym wygrała los na loterii!!! Ostatni rok jest rokiem cudów. To czas pięknych rozmów pomiędzy mną i mężem, a także pomiędzy mną i dziećmi. Rozmów trudnych, ale owocnych. To rok budowania więzi, spontanicznych spotkań, tworzenia nowych relacji, ale również robienia porządków w tych, które już są i są dla mnie ważne.

Pamiętam jak rok temu Magdalena Szpilka zapytała mnie, czy może udostępnić mój post na swojej facebookowej stronie internetowej. Emocje, które wtedy poczułam pamiętam do dziś i mogę je z łatwością przywołać.  Niedowierzanie, radość, niepokój, euforia. Każdą chwilę, każdy moment zapamiętałam. Pamiętam też dzień, w którym Magda zrobiła mi niespodziankę, wbiegając do pomieszczenia, gdzie czekałam na warsztaty z Bethany Webster. Byłam w takim szoku, że tylko ją przytulałam, nie mogąc znaleźć słów. Znowu nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje. Dokładnie pamiętam dzień, w którym napisała do mnie  wiadomość, że chce, aby jej  pierwsze  warsztaty odbyły się na Pomorzu i zaproponowała, żebym to ja zajęła się ich organizacją. To co jeszcze kilka lat temu było niemożliwe, nie do osiągnięcia, w tamtym momencie się wydarzyło.. Za kilka dni spotkam się na dłużej niż chwilkę z Magdą- osobą, która pomogła mi urosnąć, która dodała mi skrzydeł i wiary w siebie. Uczę się od niej poprzez obserwowanie jak funkcjonuje na co dzień. Ostatnie miesiące i obcowanie z nią, to jak szkoła, do której chodziłam w podskokach. Jestem jej ogromnie wdzięczna za wszystko co mnie za jej sprawą spotkało.


Jestem wdzięczna, ogromnie wdzięczna sobie, że nie zawróciłam, że się nie poddałam, gdy było ciężko.


Czemu o tym piszę? Bo chcę wam pokazać, że 10 lat temu dostałam to czego potrzebowałam, to na co byłam gotowa. Sytuacje pojawiające się w moim życiu odzwierciedlały to, co działo się w  moim wnętrzu. To jak siebie traktowałam, kim dla siebie byłam, odbijało się w moim życiu.
Dziś zauważam moje potrzeby, moje marzenia. Wiem czego chcę i dokąd zmierzam. A ponieważ ja zauważam siebie- inni zauważają mnie, ja doceniam siebie-inni doceniają mnie, ja słucham siebie- inni słuchają mnie, tak jak ja będę dbała o siebie- inni będą dbali o mnie.


Ostatni bardzo często słyszę od osób, które znają mnie już od lat, że widzą we mnie ogromną zmianę, widzą ruch, widzą inną energię. Dziękuję wam za te słowa, które od was ostatnio usłyszałam i jeszcze raz przekaz dla was: JA MOGĘ I WY TEŻ MOŻECIE! TYLKO POKONAJCIE SWOJE LĘKI, ROZPUŚCIE SWOJE BLOKADY,! DOWIEDZCIE SIĘ CZEGO WY CHCECIE, A WTEDY DO TEGO DĄŻCIE!!!


PS. Jeżeli czujesz, że jesteś na dużym życiowym zakręcie i boisz się, że prędzej się ,,wykoleisz" niż dojedziesz do celu, lub jeśli twoje życie  rozsypało się jak puzzle, a ty nie wiesz  jak je poukładać, to zapraszam cię na sesje.

01:21

Weszłam w moje stare buty

Weszłam w moje stare buty
Buty, Stare Buty, Wiek Butów
Od kilku miesięcy czuje, że weszłam w swoje ,,stare buty". Buty sprzed 18/19 lat. W buty osiemnastoletniej dziewczyny, która została wypchnięta na głęboką wodę, bez wsparcia i ochrony.

 W wieku osiemnastu lat zmuszona byłam podjąć pracę, której jednak żadne  z moich  rodziców nie sprawdziło. Miejsce pracy znajdowało się z dala od mojego rodzinnego domu, więc podjęcie tej pracy wiązało się dla mnie ze zmianą miejsca zamieszkania. W pracy tej  byłam traktowana bardzo źle. Miałam wrażenie, że brak szacunku do pracownika był jedyną, obowiązującą tam, zasadą.
W konsekwencji nasiliły się moje nerwicowe bóle brzucha (były dni, że zwijałam się z bólu na podłodze). Byłam przerażona. Moje ciało było ciągle spięte, gotowe do ucieczki lub do obrony. Mój młodziutki rozum i moja intuicja podpowiadały mi, że trzeba stamtąd uciekać. Czułam jednak, że drzwi domu rodzinnego są dla mnie zamknięte, bo jestem już pełnoletnia, bo pracować trzeba, bo w każdej pracy tak jest...
Wtedy poznałam Rafała- mojego męża. To on podjął za mnie i za moich rodziców decyzję o moim odejściu z pracy (co nie spotkało się z aprobatą ze strony moich rodzicieli). I chwała mu za to !!!
Rany jednak pozostały do dziś.

Teraz, gdy jeszcze raz weszłam w moje ,,stare buty", pierwsze co poczułam to ogromną złość. Całe morze złości! Niezgodę! Potem przyszedł żal, który długo u mnie gościł, a ja pozwoliłam mu się rozgościć. Za nim przyszła niemoc i smutek. W końcu przyszło poczucie straty czasu (choć teraz tak nie uważam), który  mógł być dla mnie czasem próbowania, upadania i podnoszenia się pod okiem rodziców. Niestety zabrakło tego wspierającego ramienia.
Zamiast  tego czułam, że rzucono  mnie na głęboką wodę bez żadnego koła ratunkowego. Bez możliwości powrotu na statek.


Na kilka tygodni, a właściwie miesięcy, wróciła do mnie ta Justyna, która była bezradna, nerwowa, która wciąż walczyła, miotała się. Bardzo ważne jest zatopić się w tych uczuciach, które do nas przychodzą.


Z początku, gdy te emocje do mnie przyszły, nie wiedziałam o co chodzi. Ciągle byłam podenerwowana i rozdrażniona. W końcu ją zobaczyłam-tą osiemnastoletnią dziewczynę, która pokazała mi się, ponieważ nasza córka kończy właśnie osiemnaście lat.


Pokazała mi Ją także pozostała dwójka naszych dzieci. Ich zachowanie. Wiek dojrzewania. Ich pierwsze kroki w dorosłość. To w jaki sposób podejmują decyzje-odważnie. To jacy są ciekawi świata, jacy są pewni siebie. Ja taka nie byłam. Byłam jak chorągiewka, a do tego zahukana i wystraszona. Nie umiałam zadbać o swoje bezpieczeństwo, o swój komfort. Bałam się wypowiedzieć słowo ,,NIE". Bałam się konsekwencji jakie mogłyby mnie za to spotkać. Nikt mnie tego nie nauczył.
Dzieci są świetnym wyzwalaczem. Obcowanie z nimi pomaga wyzwolić w nas emocje, które dawno temu poupychaliśmy w najdalszych zakamarkach naszej duszy. Emocje, które chcieliśmy ukryć, których nie chcieliśmy zauważyć. I bardzo dobrze, że wyzwalają, bo dzięki temu znowu zdrowsza na duszy.

Wiecie co? Czuję, że tak miało być. Że dokładnie taką lekcje miałam dostać od życia. Każde zdarzenie, każde niepowodzenie-były tak samo potrzebne jak i te radosne chwile pełne uniesienia.
Jest we mnie akceptacja i zgoda na to. Już jest !!!

Kochani, świadomie czy nie, czasami krzywdzimy nasze dzieci, bo nie umiemy inaczej. Dużo pracy wkładam w to, by zmienić wkodowane mi zachowania, zdania, przekonania, wzorce...
Chciałabym postępować tak, by nikogo  nie skrzywdzić. By nie zadać ani jednej rany. Bo przecież sama doskonale wiem jak to cholernie boli. Chcę iść drogą miłości, akceptacji, serdeczności, ale czasami mierzę się z cieniami przeszłości i ranię innych.

Być rodzicem, żoną, córką, przyjaciółką bez skazy- to nie realne. Nawet, gdy chęci ku temu są wielkie i czyny za tymi chęciami też idą. Czasami trzeba wejść w swoje ,,stare buty" i popełnić parę gaf. Zrobić sobie i komuś  ku-ku i wyciągnąć z tego wnioski na przyszłość.
A to wszystko po to, żeby nauczyć się mówić ,,NIE". Żeby wiedzieć czego się chce. Żeby zobaczyć to zdarzenie z innej perspektywy.

W okres dorastania każdego z naszych dzieci wchodzę intuicyjnie, po omacku, nieprzygotowana (wiem, wiem- to tak jak każdy z nas). I mimo najszczerszych chęci, wielu przeczytanych przeze mnie książek, udziału w warsztatach i ogromnej pracy nad sobą, pewnie nie wszystko wyjdzie im na dobre.
Jak dobrze jest zdać sobie sprawę z tego, że nie można być ideałem, że nie ma takiej opcji.
Świadomość tego daje mi ogromna ulgę.

Jedno z naszych dzieci właśnie wchodzi w ,,dorosłość''. Za kilka dni obchodzić będzie osiemnaste urodziny. S toczyłam w sobie wielką walkę, żeby nie działać automatycznie i nie postąpić z córką tak jak ze mną postąpiono. Dużo czasu zajęło mi wsłuchiwanie się w siebie i sprawdzanie co jest w zgodzie ze mną, a co zostało mi wpojone. Z czym rezonuję, a z czym już nie.

Moglibyśmy ją wypchnąć z domu i zamknąć za nią drzwi (to znam), ale nie tędy droga. Moglibyśmy oczekiwać nie dając nic w zamian lub dawać i dawać, nic nie oczekując, a to z kolei prowadzi do wypalenia się.
Ta droga też nie wydaje mi się dobrą.
Chciałabym znaleźć złoty środek. Chciałabym być opoką dla moich dzieci, gdy potrzebują wsparcia, ale też wyznaczać granice nie krzywdząc i nie wypaczając ich autentyczności. Słucham intuicji, bo ona mnie nie zawodzi. Gdy czuję lęk, to sprawdzam czyj on jest. Czy 'to jest faktycznie moje uczucie, czy raczej zostało mi ono  zakotwiczone przez kogoś innego. Potrafię odróżnić czego już w moim życiu i postępowaniu nie chcę.

Popełniając błędy, uczymy się !!!
Problemy, konflikty-to ludzka rzecz, Najważniejsze to umieć lub chociaż starać się je rozwiązywać. Jest to dla nas ogromna nauka, jeżeli tylko podejmujemy próbę. Próbując, wzrastamy !!!
Nie zamiatajmy naszych emocji pod dywan, bo prędzej czy później i tak spod niego wyjdą.


Ps. Zapraszam Cię do komentowania.
Jeżeli jesteś na życiowym zakręcie, czujesz, że ogarnia cię chaos i brak Ci sił, to zapraszam Cię na sesje.

http://justynapettke.blogspot.com/p/blog-page_13.html





03:06

Okres dojrzewania

Okres dojrzewania


 


Okres dojrzewania jest bardzo istotnym czasem w życiu każdego z nas.
Jeśli w tym okresie nie miałeś/łaś możliwości, przestrzeni ani warunków na przeżycie swojego buntu, na odcięcie się od rodziców, odpępowienie, to w czasie, gdy twoje dzieci będą dojrzewać, ty zaczniesz przechodzić swój proces dojrzewania ponownie.

Dawniej różnie u nas bywało z przekazywaniem dzieciom wartości i pozytywnych wzorców. Częściej uczyliśmy ich raczej tego czego byśmy, na dzień dzisiejszy, wcale uczyć nie chcieli.
Przez ostatnie dziesięć lat uczymy dzieci asertywności, zdrowego egoizmu, dajemy im prawo wyboru i decydowania. Uczymy polemizować. Mają prawo być odrębną jednostką. One mają własne zdanie, wiedzą co lubią, a czego nie. Dążą do spełniania swoich marzeń, a nie marzeń swoich rodziców czy  dziadków. Nierzadko udaje im się te swoje marzenia zrealizować:)) Są coraz bardziej pewni SIEBIE !!!


Mniej więcej od trzech, czterech tygodni ta ich pewność siebie, to co pokazują swoją postawą, powodowała u mnie pojawienie się całej gamy emocji. Z cienia wyszła ta część mnie, która kiedyś nie mogła mieć swojego zdania. Która nie mogła powiedzieć:
-teraz nie mogę, zrobię to później.
-nie mam czasu,
-jestem zajęta,
-nie chce mi się,
-nie mam ochoty.
Nie mogłam tego powiedzieć, a nawet gdy się na to odważyłam, to szybko tego żałowałam, ponieważ byłam wbijana w poczucie winy, albo skrytykowana, wyśmiana, zastraszana...


Nastolatek uległy, zahukany, którym łatwo jest manipulować. Nastolatek przerażony tym, co dzieje się z nim w środku, i który jest z tym sam, nie ma wsparcia. Czy taka osoba w dorosłym życiu będzie umiała postawić granice, czy będzie asertywna? Czy będzie umiała rozpoznać swoje emocje? Czy będzie potrafiła się sobą zaopiekować? A może będzie rozdawała się na prawo i lewo, będzie można z łatwością nią manipulować, bo tak właśnie ją wychowano.
Na szczęście można to zmienić!!! I to jest dobra wiadomość.


Teraz ja przechodzę tą zmianę. Przechodzę swój bunt. Po to, aby nie buntować się przeciwko dzieciom (bo to nieadekwatne zachowanie, to nie o nich tu chodzi), zaglądam w głąb siebie i uzdrawiam, czyszczę, porządkuję. To nie jest jedna blokada, to nie jedna niezasymilowana część mnie, a cały okres mojego dojrzewania. Uzdrawiam Matczyną Ranę i Ojcowską Ranę.
Tyle razy chciałam w tym trudnym okresie powiedzieć:,,DOŚĆ! Ja jestem tylko dzieckiem!!!". To, co w tamtym okresie musiałam stłumić w zarodku, teraz wypływa na powierzchnię, a ja czuję ogromną ulgę.


Nasze dzieci są w wieku 13,15, 18 lat. To piękny czas- na uczenie się, na zdobywanie wartości, na popełnianie błędów, jest to też okres, w którym hormony buzują, ciało się zmienia. Okres, kiedy człowiek uczy się akceptacji właśnie tego ciała, siebie i swoich potrzeb. Czas odcięcia pępowiny od mamy, od taty, czas dojrzewania. Czas na radość i zabawę. Czas na miłość i przyjaźń. Emocje, które towarzyszą temu okresowi są jak najbardziej adekwatne, pomimo, że niestabilne.

I one, te nasze dzieci, mają do tego prawo. Ja niekoniecznie w wieku dojrzewania to prawo miałam. W związku z tym  teraz przechodzę swój bunt wieku dojrzewania. Aby mój bunt nie był wymierzony przeciwko dzieciom (bo to nie do nich skierowane są te żale i pretensje), to zaglądam w siebie, wsłuchuję się w moje ciało ( o czym pisałam w moim poprzednim poście), pozwalam sobie na huśtawki nastrojów, na nic nie robienie, na mówienie ,,NIE". Ilość spotkań z moim wewnętrznym dzieckiem w tym okresie przekroczyła moje najśmielsze oczekiwania. Ile ciepła i wyrozumiałości potrzebowała ta nastolatka, wsparcia, zauważenia, empatii...Całe mnóstwo!!!

W tym czasie często czułam bunt, bo ,,ciągle'' musiałam gdzieś jeździć po moje dzieci. Zawieźć, przywieźć, znowu je zawieźć, a jeszcze czegoś zapomniały kupić, więc znowu trzeba było jechać, znowu i znowu...,,Ciągle'' słyszałam od dzieci:,,teraz nie mogę", ,,zrobię to później" lub ,,za chwile", a we mnie wszystko krzyczało, bo oni tak mogą, a ja nie mogłam. We mnie rodził się bunt. Ten bunt z okresu dojrzewania, który poniekąd nie był adekwatny do zaistniałej sytuacji, ale z drugiej strony pokazywał mi, że moje granice są przekraczane i co ja z tym robię. Czy można mnie wykorzystywać, czy zadbam o siebie i swój czas.

Najpierw spojrzałam na to z boku. Co mi to pokazuje? Jak ja się czuję w tej sytuacji? Dlaczego czuję opór, złość? Dlaczego czuję się wykorzystana? Czego bym nie poczuła, z tego co teraz czuję, gdyby nasze dzieci się tak nie zachowywały, gdyby ,,ciągle'' czegoś ode mnie nie  potrzebowały? Opukiwałam się, wsłuchiwałam w ciało i obserwowałam emocje. Starałam się nie krzywdzić przy tym dzieci, choć we mnie się na prawdę duuuużo działo.
Doszłam w końcu do tego, że są to moje emocje z czasu kiedy to ja miałam 13,15, 18 lat. Kiedy puściły blokady i te uczucia, które były zamrożone, mogłam wówczas spokojnie porozmawiać z dziećmi. Porozmawiałam o tym by ograniczyć te wyjazdy do minimum, by uzgadniały je ze mną wcześniej, a jeżeli nie jest to coś pilnego, to możemy to przełożyć na później. Byłam przy tym opanowana, nie rozklekotana, dzięki czemu mogłam im to przekazać w sposób konkretny.

Kochani, w ten sposób targały mną emocje przez cztery tygodnie. Ilekroć się podniosłam, to z drugiej strony znów coś mnie przygniatało. Opisałam wam w dużym skrócie, to co się działo. Okazało się również, że niektóre z utrzymywanych przeze mnie relacje były jedynie na stopie koleżeńskiej, podczas gdy ja były mylnie traktowałam je jako przyjacielskie. Przez półtora tygodnia nie miałam połączenia internetowego, a w telefonie przez trzy dni brak było połączenia z siecią. Działo się naprawdę dużo i warto się przyglądać otrzymywanym znakom. Ponieważ brak internetu,  często zrywane połączenie, to nic innego jak brak połączenia w nas.


Na nowo odkryłam albo zgłębiłam MOC ,,narzędzi'' (chociaż gdy wypowiadam słowo ,,narzędzia", w kontekście metod pomocnych w nawiązaniu kontaktu ze swoim wewnętrznym dzieckiem,to czuję, że jest to zniewaga, bo to coś o wiele większego). Widzę i czuję jaka to szansa na uzdrowienie tak potężnych blokad, zastygniętych emocji, konfliktów. Jestem tym podekscytowana. Czuję, że na nowo rozkwitam jak kwiat.


 Oczywiście zapraszam Cię do komentowania i jeżeli uznasz ten post za wartościowy dla kogoś, to proszę o udostępnienie. Jeżeli potrzebujesz przewodnictwa w procesie układania porozrzucanych puzzli w twoim życiu, wsparcia w procesie powrotu do swego wewnętrznego domu, to zapraszam cię na sesje.


11:14

Sygnały z ciała

Sygnały z ciała
Idziemy przez życie trzymając w naszych ciałach wiele traum. Każda z nich jest wryta tak głęboko, że często nawet nie mamy pojęcia o ich istnieniu. Nasze ciała są spięte, w ciągłej gotowości. Gotowe by zrobić unik, by schować się w kąt, usunąć w cień, uciec jak najdalej.

Nasze ciało jest jak kilkutomowa saga. Jest w nim zapisane wszystko. My nie pamiętamy, ale ono ma w sobie zapisany najdrobniejszy szczegół naszego życia.
Nasze ciała są piękne, czytelne, prawdziwe.

Pamiętam co działo się z moim ciałem, zanim poszłam na terapię. Zaciśnięte szczęki, ból pleców, głowy...wieczny ból głowy, mdłości, wymioty, ból brzucha, ból rąk. Moje ciało dawało mi sygnały, a ja go nie rozumiałam. Nie byłam w stanie ich odczytać. Brałam tabletkę za tabletką, chodziłam do lekarza i nic się nie zmieniało. Na chwilę ból znikał, by zaraz pojawić się ponownie. Mój organizm był wykończony tym, że go nie słucham.

Kiedy uczestniczyłam w terapii nie działo się wcale lepiej. Wchodziłam w interakcję z tym co mówili uczestnicy grupy terapeutycznej. Otwierało się we mnie to, co było zablokowane przez 30 lat. Bóle się nasilały, lecz ja pomimo lęku, czułam, że robię to, co ostatecznie przyniesie mi korzyści.

Strach był przeogromny. Moje zaciśnięte szczęki, mówiły to czego mówić nie było wolno. Mówiły o tym, co się działo w moim domu, o bólu, bezradności, o nienawiści, o żalu i złości. Mówiły i mówiły, aż przestały być zaciśnięte. Zrzuciłam ciężar z pleców, ramion i zrzuciłam 12kg. Moje dłonie mogły oddać część obowiązków mężowi i dzieciom, ponieważ zrozumiałam, że nie tylko ja jestem za wszystko odpowiedzialna, co za tym idzie-ból rąk minął. Nudności i ból głowy jeszcze przez kilka lat mi towarzyszyły, ale wiedziałam, że są dla mnie informacją. Że pokazują mi stłumioną złość, żal.  Że nie mówię tego co myślę.

A myślałam, że byłam:
  • krzywdzona,
  • oszukiwana,
  • odrzucana,
  • samotna (co opisuję w poście "Samotność" ),
  • lekceważona przez innych, ale też przez samą siebie,
  • nie brana pod uwagę.

NIE MIAŁAM W SOBIE NA TO WSZYSTKO ZGODY.  I moje ciało pokazywało mi to, co wypierałam.

Kochani, większość z nas (tak mi się wydaje) w pewnym momencie życia czuje, że wszystko się rozsypuje, że nie ma porządku, jest tylko chaos, strach, beznadzieja, wszystko traci sens. Już nie masz siły naprawiać relacji z bliskimi ci osobami. Nie masz siły chodzić do pracy. Czujesz, że życie przecieka ci przez palce. To jest moment, kiedy możesz odnaleźć siebie. Twoje ciało wysyła ci sygnały. Wsłuchaj się w nie i szukaj odpowiedzi.

Już czas by poukładać rozsypane puzzle w jedną całość!
U mnie, na wielu płaszczyznach był bałagan,. Jak tu naprawiłam, to tam się rozleciało. W końcu przyjrzałam się każdej sferze mojego życia.

Ostatnio czułam napięcie w ciele. Zastanawiałam się o co chodzi. Co mi to napięcie pokazuje? Uświadomiłam sobie, że jedno z moich dzieci uzmysłowiło mi moje wspomnienie z dzieciństwa. Dzieci są lustrem- powtórzę to kolejny raz!
Zobaczyłam obraz dziewczynki, którą jedno z rodziców zabiera do miasta na zakupy. W tej małej główce było tyle pragnień związanych z tym wyjazdem. Tyle potrzeb- jedna za drugą kłębiły się w jej myślach. Noc przed tą wyprawą nie mogła spać, tak była podekscytowana. Będąc już w mieście rodzic kupił wszystko co zamierzał i może nawet mała Justynka dostała loda, zapiekankę czy lizaka. Ale nie dostała tego co było w jej główce. Mówiła nieśmiało mamie/tacie  czego by chciała, ale nie wprost. Najwyraźniej tyle razy była zbywana, że nie odważyła się prosić. W drodze do domu siedziała spięta i obrażona. Jej nogi, ręce, plecki, wszystko było napięte ze złości, której nie umiała ukazać. Myślała, że rodzice zauważą jej sygnały, że będą czytać w jej myślach, że pokaże im w ten sposób jaka jest zła, zawiedziona, ale nikt jej nie widział.

I to do tej Justynki wróciłam tym razem. Przytuliłam ją, stworzyłam przestrzeń, aby mogła się złościć i powiedzieć czego chce, co czuje.
Blokady puściły, mięśnie się rozluźniły. Czułam się słaba. Ale jak miałam się czuć?!?! Wcale mnie takie samopoczucie nie zdziwiło. Doskonale wiedziałam co dzieje się z moim ciałem. Pomimo, że czułam się jakby rozjechała mnie ciężarówka, to miałam świadomość, że puściłam coś, co trzymałam w sobie przez kilkadziesiąt lat, głęboko upchnięte.

Uświadomiłam sobie, jak przekazuję innym informacje o tym, czego chcę. W jaki sposób to robię. Komunikat nie zawsze był czytelny, a zwłaszcza, kiedy jechaliśmy z rodziną na wakacje. W mojej głowie był plan, którego moja rodzina nie znała albo przekazywałam informację w taki sposób, że nie byłam brana pod uwagę. Nierzadko wracałam z podróży zawiedziona.

Każdy z nas ma poupychane w ciele wspomnienia, tragedie, zły dotyk, ...
Mimo, że nasz umysł je wyparł, nasze ciało to pamięta. Wsłuchajmy się w nie. Daje nam cenne wskazówki.



Jeżeli przechodzisz podobny proces, a boisz się być w nim sam lub z jakiegoś powodu nie czujesz się bezpiecznie, to mogę ci towarzyszyć. Zapraszam cię na sesję.

13:27

Maski

Maski
Co nam dają maski, które zakładamy?

Złudne uczucie, że nikt nas nie skrzywdzi.
Wrażenie, że mamy wszystko pod kontrolą (w tym nasze emocje).

Wysyłamy sygnał na zewnątrz, który jest nieadekwatny do tego co jest w nas prawdziwe.
Maski są naszą tarczą obronną, która ma nas chronić przede wszystkim przed otoczeniem, przed bliskimi.

 Oj, długo nosiłam maski. Zakładałam jedną na drugą, zmieniałam je. I wiecie co? Nie byłam tego świadoma! Nie byłam świadoma tego, że pod spodem ukrywam prawdziwą siebie. Nie wiedziałam, że zakładam maskę zadowolonej, kiedy wcale nie czułam się dobrze. Maskę silnej, niezniszczalnej kobiety, kiedy w środku mnie wszystko krzyczało: ,,nie mam siły", ,,nie daję rady". Maskę pewnej siebie, wszystko wiedzącej, podczas gdy w głowie miałam  chaos i pustkę, na przemian.

A idź pan w cholerę z maskami!!! Ile ja przez nie traciłam.
Może i nikt mnie nie skrzywdził, bo nie miał ochoty do mnie podejść. A może krzywdził, tylko ja, zamiast się temu przyjrzeć zakładałam kolejną maskę i kolejną. Aż w końcu zrobiła się tak gruba warstwa tych przyklejonych nieszczerych masek, że nie wytrzymałam i postanowiłam je zrzucić.
Dopiero wtedy dotarło do mnie ile ja przez nie tracę. Na przykład radość z poznawania nowych osób. Teraz poznaję całe mnóstwo wyjątkowych osób. Kiedy zrzucamy maski to przyciągamy takie osoby, które rezonują z nami prawdziwymi, przy których nie trzeba udawać, bo już nie zakładamy fałszu, sztucznego uśmiechu, maski porcelanowej lalki, tylko ukazujemy siebie takimi jakimi jesteśmy.

Gdy rozpiera mnie energia to to pokazuję. Bywa, że ta energia, aż się ze mnie wylewa. Bawię się, tańczę, śmieję, uśmiecham, zaczepiam, jestem cała radosna. Kiedy czuję smutek, żal, albo nie mam na coś zgody, to można ze mnie czytać jak z książki i wszystko się wyczyta - bo nie zakładam maski.
Jeśli się złoszczę, to się złoszczę. Już nie zamiatam tego pod dywan. Bo ile można!?z Skoda życia na zamiatanie. :)

Wiecie, gdy zakładałam maski, to dostawałam w prezencie same  praktyczne rzeczy, bo wtedy taką też siebie pokazywałam- twardą, konkretną. Dostawałam zestaw szklanek, patelnie, dużą i ciężką biżuterię. I nikt nie wiedział, nawet przez myśl by mu  nie przeszło, że ja lubię delikatne świecidełka, że wolę kwiaty z łąki, bukiet tulipanów, zamiast wiązanki z kwiaciarni za 100zł.

Gdy odważyłam się być sobą to zaczęło się zmieniać. Na urodziny od dzieci dostałam rolki, od męża delikatną biżuterię. Obecnie w naszym domu świeże kwiaty w wazonie są przez cały rok, nie tylko od święta. Dbamy o to oboje z mężem.
 W zeszłym roku dostałam na urodziny kolorowankę, a niedawno zostałam zaproszona przez męża na koncert Enrique Iglesiasa, ponieważ wie, że takie rytmy mnie przyciągają. 

Nie bójmy się pokazać jacy jesteśmy, mówić co lubimy, czego nie lubimy. Nie bójmy się śmiać, kiedy mamy ochotę i płakać, gdy czujemy, że jest taka potrzeba. Dajmy się poznać światu i sobie, a dostaniemy to, co do nas pasuje i co z nami rezonuje.


Zakładasz Maski? Nie udaje ci się ich zrzucić? Boisz się, co ludzie powiedzą, gdy pokażesz jaka/jaki jesteś na prawdę?  Boisz się, że nie poradzisz sobie, że zostaniesz skrzywdzona/ skrzywdzony, ale jednocześnie  masz już dość ukrywania się za maskami i potrzebujesz wsparcia? Zapraszam cię na sesje.

Zachęcam was do komentowania.

11:18

Prawda może boleć, ale...

Prawda może boleć, ale...
Jeżeli jesteś człowiekiem, któremu w dzieciństwie odmówiono prawa do godności,
Jeżeli jesteś kimś, komu w dzieciństwie odmówiono szacunku i uwagi,
Jeżeli jesteś osobą, którą w dzieciństwie upokarzano, wyśmiewano, z której zdaniem się nie liczono, to całkiem możliwe, że jako dorosły człowiek z pozycji siły bronisz się przed lękiem zdezorientowanego, wypłoszonego, zranionego dziecka, które tkwi w tobie.

Będziesz dążył/a do tego, by ktoś kto jest dla ciebie lustrem, poczuł się tak jak ty czułeś/łaś się w dzieciństwie. Postawisz go przed ,,sądem'' swoich poglądów i zrobisz wszystko, a przynajmniej dużo, by poniósł karę. Tak jak ty, kiedy byłeś/łaś małym dzieckiem.

Jak reagujesz na kogoś kto płacze? Czy ty mogłeś/łaś pozwolić sobie na płacz?
Jak się czujesz w towarzystwie osoby pewnej siebie, znającej swoją wartość? Co o tej osobie myślisz?
Co ona w tobie wywołuje?
Jeżeli ktoś wyraża swoje zdanie, odważnie mówi co myśli, to jaka jest twoja reakcja na tą osobę?
Zauważ co się z tobą dzieje, kiedy ktoś mówi prawdę (swoją prawdę, a każdy może mieć inną), a ty się z nią nie zgadzasz. Jakie emocje ci towarzyszą?

Zanurz się w nie. Pozwól by przepłynęły przez twoje ciało. Pozwól je sobie poczuć. ,,Pomacaj się" z nimi.

 Jest tyle okazji do zajrzenia w siebie. Każda osoba, która staje na naszej drodze i wywołuje w nas emocje, jest zaproszeniem do tego, by spotkać się z naszym cieniem.
My często boimy się tam zajrzeć i z pozycji siły zastraszamy, wbijamy w poczucie winy, manipulujemy, robimy wszystko by tylko nie dotknąć tego bólu, który pali nas od środka. Nie mamy odwagi by spojrzeć na to dziecko, które jest w nas, i dostrzec jego cierpienie, a ono wciąż woła o uwagę. Chce być zauważone, usłyszane, chce się czuć bezpiecznie.

Rzeczywiście czasami PRAWDA może boleć, ale w efekcie zawsze leczy.

Dla mnie jest to wartość sama w sobie.
Czy jest to łatwe?  NIE!!! Czasami ból jest większy niż strach i na odwrót. Bywa bardzo ciężko. Można wylać morze łez. Może zalać cię fala smutku lub żalu. Ja często wracam do sytuacji, gdy byłam odrzucana, niewidziana, nieakceptowana. Jednak jest to tego warte! Wtedy te porozrzucane puzzelki wreszcie układają się w jedna całość.


05:02

Bezwarunkowa miłość

Bezwarunkowa miłość
Żyjmy w zgodzie !
Obdarzajmy się bezwarunkową miłością !
Akceptacja bez granic !
Wybaczajmy !

To hasła, którymi nas wabią. Dla  niejednej osoby jest to cel. Cel nie do osiągnięcia. I wcale mnie to nie dziwi...
Nierzadko zatracamy siebie dążąc do bycia ideałem. Do pewnego momentu w moim życiu panował chaos, ale był  to chaos dobrze mi znany, a to co znane, dawało mi poczucie bezpieczeństwa (przynajmniej tak mi się wtedy wydawało).
W tamtym czasie towarzyszyły mi takie przekonania:
-starszy-mądrzejszy,
-starszy ma zawsze racje,
-lepiej przemilczeć, niż się pokłócić,
-jak sobie pościelesz tak się wyśpisz (czyli raz podjęta decyzja, ciąży całe życie),
-robić dobrą minę do złej gry,
-brudy prać w domu.
Mogłabym tak wymieniać i wymieniać.

W końcu podjęłam decyzję, że moje życie musi się zmienić. Nie mogłam tak dłużej funkcjonować- wiecznie w napięciu, lęku. Chciałam z całego serca być sobą. Ale jak to zrobić, kiedy nigdy sobą być nie mogłam?! Kiedy moje naturalne reakcje, emocje były ignorowane i wyśmiewane. Zatem przekonania, które wypisałam wyżej były dla mnie jak lep na muchy. A ponieważ często mi nie wierzono, to nie ufałam sobie i temu co czuję. Można mną było manipulować. Wszystko to co czytałam, słyszałam na szkoleniach i warsztatach brałam za prawdę, pomimo wewnętrznego sprzeciwu. Kiedy czułam złość, wmawiałam sobie, że teraz to już powinnam żyć ze wszystkimi w zgodzie. Każdego starałam się zrozumieć, nie biorąc siebie pod uwagę.

Znowu, po raz kolejny w moim życiu wybrałam kogoś, a nie siebie.
Tłumaczyłam sobie, że ja tak mało wiem o życiu. Że prowadzący szkolenia, przedstawiciele grup, mentorzy, autorzy książek, nauczyciele- wiedzą lepiej. Wierzyłam w bezwarunkową miłość, w akceptacje bez granic, ponieważ bardzo za tym  tęskniłam. Dlatego te hasła tak mnie przyciągały. Z jednej strony miało to sens- wybaczenie, pogodzenie się. Z drugiej strony czułam niezgodę, wewnętrznie kłóciłam się z tym co mi po raz kolejny było narzucane, a ja, nieświadoma swoich mechanizmów, brałam to.

Pracując nad sobą, z moim wewnętrznym dzieckiem, zaczęłam się scalać. Już nie byłam oddzielona od siebie, więc nie można było wrzucić do mojego wnętrza bylejakości. Zaczęłam odrzucać ziarno od plew. Biorąc udział w warsztatach, byłam świadkiem sytuacji, gdzie osoba prowadząca wręcz zmuszała uczestnika by wtulił się w reprezentanta ojca i się z nim pojednał. Uczestnik głośno odmawiał, jednak po namowach prowadzącej ustąpił i sparaliżowany przytulił się.
Czułam oburzenie i niezgodę. Zdałam sobie sprawę, jaką krzywdę mogą zrobić osoby, które mają po blokowane swoje emocje. Zrozumiałam, że nie chcę wybaczać w oparciu o rozum, tylko dlatego, że taka jest idea. Że bezwarunkowo to kocham tylko dzieci. Że akceptuję drugą osobę, ale umiem tez dbać o siebie i swoją rodzinę. Że nie wpuszczam każdego do mojej przestrzeni, ponieważ coraz bardziej już jestem świadoma tego co jest dla mnie dobre, a co mi nie służy i może wyrządzić mnie i moim bliskim krzywdę.
Zrozumiałam, że nie jest prawdą, że osoby, które są autorytetem( mniejszym lub większym) w swojej dziedzinie, zawsze mają racje i postępują właściwie.

Nie idę już ślepo przez świat. Rozglądam się moimi bystrymi oczami. Znajduję piękne wartości, a to, co wartością dla mnie nie jest, odrzucam.
Ufam swojej intuicji.

Pozdrawiam cię serdecznie i zapraszam do komentowania.


11:10

Szantaż emocjonalny

Szantaż emocjonalny
Kto z nas go nie doświadczył? Kto z nas go nie stosował?

Jest on obecny w naszym życiu, w naszych związkach, w relacjach. Jesteśmy nauczeni, że takie, a nie inne reakcje, na nasze lub czyjeś zachowanie, są naturalne.
Kto z was odpuścił, ponieważ szantażysta zaczął krzyczeć, obrażać, dąsać się, oskarżać, grozić, że odejdzie, że zabierze dzieci i pieniądze?!
Kto z was zrezygnował z wyjazdu, szkolenia, wyjścia do kina, ponieważ był wbijany w poczucie winy i nazywany egoistą?!
Kto odpuszczał dla ,,świętego spokoju", zdradzając w ten sposób samego siebie?!


Gdy szantażysta atakuje, próbujemy  za wszelką cenę odeprzeć atak, usprawiedliwiać się, bronić. Staramy się czytać w jego myślach, dociec o co chodzi, skąd taka reakcja. Pomimo, iż wiemy, że nie zrobiliśmy nic złego, to jednak czujemy ciężar i lęk. Paraliżujący lęk!!!
Ze względu na to, że  wielokrotnie w naszym życiu byliśmy oskarżani o coś czego nie zrobiliśmy, byliśmy wbijani w poczucie winy, z czasem przestaliśmy odróżniać co jest prawdą, a co zostało nam narzucone i wmówione.

Takie wzajemne obarczanie siebie winą, bronienie się i tłumaczenie, nic nie da. Kiedy szantażysta napiera na ciebie, wywiera presję, to zmień taktykę.

Chciałabym w tym miejscu wyjaśnić, że mowa jest o szantażu emocjonalnym, a nie o przemocy fizycznej. Jeżeli ktoś stosuje wobec ciebie przemoc fizyczną, to nie podlega to dyskusji. W takim przypadku postaraj się zorganizować pomoc, zadbaj o siebie, zgłoś się do odpowiednich służb!!!

Kontynuując wątek szantażu emocjonalnego, chcę Ci powiedzieć, że to twój wybór czy będziesz dorzucać do tego ognia, czy może raczej przestaniesz go rozniecać i dasz mu tym samym szansę  zgasnąć. Gdy wchodzisz w dyskusję z szantażystą to tylko wzmacniasz ten ogień jeszcze bardziej. Broniąc się, tłumacząc, obwiniając, dorzucasz tym samym drewno do pieca, który i tak ma już bardzo wysoką temperaturę. Możesz się w ten sposób z łatwością poparzyć.

Możesz zacząć korzystać z komunikacji niedefensywnej, stosując krótkie zdania:

  • Przykro mi, że się martwisz.
  • Mogę zrozumieć, dlaczego tak to widzisz. 
  • To interesujące.
  • Naprawdę?
  • Krzyki/groźby/wycofywanie się/płacz nie będą już skuteczne i niczego nie rozwiążą.
  • Porozmawiamy, gdy poczujesz się spokojniejszy/spokojniejsza.
  • Nie będę z tobą rozmawiać, jeśli będziesz mnie obrażał/obrażała.
  • Przykro mi, że tak uważasz.
  • Przykro mi, że tak to widzisz.  
W ten sposób odcinasz szantażyście zasilanie.
Pod wpływem stosowania przez ciebie komunikacji niedefensywnej zachowanie szantażysty może, ale nie musi, się zmienić. Istotnym jest jednak, ze takie twoje zachowanie, będzie naprawdę zdrową reakcją. Wzrośnie twój szacunek do samego/ samej siebie.
Susan Forward w książce pt. ,,Szantaż emocjonalny'' pisze:
,,Nie spodziewaj się wielkich zmian w jego osobowości, nawet jeśli zaczyna zauważać, co robi, i chce pracować nad tym by to zmienić. Pamiętaj: Zachowanie może się zmienić. Style osobowości zazwyczaj się nie zmieniają."

Często z ust szantażysty pada słowo ,,przepraszam" i obietnica poprawy. Jednak są to w większości przypadków słowa rzucane na wiatr. Słowa ,,przepraszam - zmieńmy temat" lub ,,przepraszam - nie mówmy już o tym" niczego nie załatwią. Jest to ,,zamiatanie pod dywan'' i nie branie odpowiedzialności za swoje czyny.

Jeżeli osoba, która cię zastrasza, manipuluje tobą, kontroluje cię, naprawdę wyraża chęć zmiany, to tym samym przyjmuje odpowiedzialność za to co robi lub zrobiła. Uczy się innych (zdrowych) zachowań. Potrafi się przyznać, że to jak się zachowywała mogło sprawiać ci ból i ranić ciebie. Jest gotowa szukać rozwiązań na zewnątrz, jeżeli nie umie sobie sama poradzić ze zmianą zachowań i eliminuje je konsekwentnie. 
Te zmiany dotyczą zarówno szantażysty, jak  również osoby szantażowanej.

Jeszcze raz napiszę- samo ,,przepraszam'' niczego nie zmieni. Gdy zostałeś(-aś) zwyzywany(-a), niesprawiedliwie oskarżony(-a), potraktowany(-a) w sposób podły i po tym wszystkim słyszysz ,,przepraszam", to często czujesz się tym słowem w ręcz poniżony(-a) i upokorzony(-a).

Nieważne czy jesteś szantażystą czy osobą szantażowaną. Nosisz w sobie rany, które trzeba wyleczyć. Między innymi dlatego twoje zachowania są takie, a nie inne. Lęk przed samotnością. Strach przed porzuceniem, odrzuceniem. Brak poczucia własnej wartości. Brak wiary, że to co myślisz jest słuszne. I strach, że ktoś kto chce świadomie lub nieświadomie, cię zranić, tobą manipulować, będzie to wszystko wykorzystywał przeciwko tobie. Szantażysta także ma swoje lęki. Boi się, że zostanie sam i dlatego się tak zachowuje.

Tu jest potrzebna decyzja o zmianie. Decyzja o pracy nad sobą i związkiem/relacją, a także zmiana nawyków i przekonań. Zauważenie problemu.

Ps. Post ten napisałam w oparciu o treść książki Susan Forward,,'Szantaż emocjonalny".
Zapraszam Cię do podzielenia się swoimi przemyśleniami w komentarzu. Jeśli uważasz, że komuś może pomóc to co tu napisałam o udostępnienie posta.

12:36

Bądź przygotowana

Bądź przygotowana
Często w naszym życiu zdarzają się sytuacje, w których czujemy się przyparci do muru. Mimo naszych najszczerszych chęci nie umiemy odmówić, powiedzieć stanowczo ,,NIE". Zgadzając się na pewne rzeczy, zdradzamy siebie. Z kolei chcąc odmówić, mamy poczucie winy. 
Nie wiemy jak z tego wybrnąć!

Zbliżają się święta, chcesz spędzić je tak jak sobie zaplanowałaś. Może zamierzasz je spędzić na łonie natury, a może masz zaplanowany wyjazd do Krakowa lub wycieczkę rowerową? Mmm... było by miło ;)
Jednak dzwoni mama albo siostra, no i jak co roku wpraszają się do ciebie na obiad lub tradycyjnie wszyscy macie spotykać się u rodziców. Ciężko ci odmówić, przecież i tak rzadko się spotykacie.
W głowie masz mętlik. Czujesz, że nie tego chcesz. Tyle razy układałaś sobie w głowie rozmowę z nimi, a jak już do niej dochodzi, to wszystko ci z niej wyparowuje i zupełnie nie wiesz co powiedzieć.

Rodzice rzadko cię odwiedzają, jednak, gdy trzeba im w czymś pomóc, gdzieś zawieźć, po coś pojechać, to wtedy dzwonią do ciebie (i tylko wtedy). Czujesz się wykorzystywana. Tym bardziej, że odnosisz wrażenie, że tylko to ich z tobą łączy. Po każdej takiej rozmowie obiecujesz sobie, że następnym razem się nie zgodzisz. Tym bardziej, że aby im pomóc musisz zazwyczaj  przeorganizować cały swój plan dnia.
Niestety nie udaje ci się odmówić, ponieważ za każdym razem masz pustkę w głowie i jesteś w stanie tylko powiedzieć: ,, dobrze, o której mam być?".

Są osoby, które nie pytają, a wręcz informują o tym co masz dla nich zrobić, dokąd jechać, o której będą na obiedzie lub kawie (tylko zrób ciasto!). Ty dopasowujesz się do podyktowanych warunków. Stajesz na głowie, żeby zdążyć. Często rezygnujesz przy tym z siebie i swojej rodziny.
Jak się z tym czujesz? 
Co możesz zrobić by to zmienić?

Możesz przykleić na szafce lub tablicy korkowej fiszki. Napisz sobie na nich gotowe odpowiedzi, które zawsze uciekają ci z głowy, gdy odbierasz telefon od takich osób.
Widząc, że dzwoni do ciebie  osoba XYZ i ty wiesz z czym może być związana ta rozmowa, to zanim odbierzesz telefon, podejdź do tablicy i miej przed oczami gotowe odpowiedzi.
Jeżeli dzwoni do ciebie w niedziele rano siostra, która ma piątkę dzieci i informuje cię, że przyjadą dziś do ciebie na obiad (już trzeci raz w tym miesiącu), to możesz jej powiedzieć (czytając z fiszki): ,,Zapraszam was na 16:00 na kawę. Nie jestem dziś przygotowana żeby gościć was na obiedzie" lub ,,Zapraszamy na 16:00 na kawę. Wcześniej jesteśmy zajęci"
Dla jasności, mam na myśli takie sytuacje, na które nie masz w sobie zgody. Jeżeli uwielbiasz spontaniczne wizyty gości, to nie jest to post skierowany do ciebie.

Podam jeszcze jeden przykład:
Dzwoni znajomy i mówi, że wpadnie dzisiaj z żoną do ciebie na kawę i pyszne ciasto, bo tylko ty takie smaczne robisz (narzucają ci robienie tego ciasta za każdym razem). A ty, chociaż to zupełnie wbrew planom, jakie miałaś na to popołudnie, gnasz do sklepu, żeby kupić składniki i szybciutko pieczesz to ,,zamówione" ciasto, robiąc to kolejny raz wbrew sobie! W tej sytuacji również możesz zastosować fiszki i powiedzieć: ,,Zapraszam na kawę, ale bez ciasta."

Na tych fiszkach możesz napisać każdą odpowiedź, jaka ci przyjdzie do głowy.
Masz prawo też powiedzieć, że teraz nie możesz odpowiedzieć, że chcesz to przedyskutować z mężem lub rodziną, albo że chcesz się najpierw zastanowić co masz do zrobienia i czy ci będzie pasować.
Daj sobie czas na odpowiedź. Nie musisz wszystkiego rzucać i być zawsze dobrym samarytaninem na każde skinienie. Przecież każdy z nas ma własne życie i tak jak my mamy prawo odmówić komuś, tak i nam mają prawo odmówić inni.

Są osoby w naszym życiu, które nami manipulują. Nie liczą się z naszym zdaniem, często tylko dlatego, że go nie znają. A nie znają go, ponieważ nie mówimy wprost tego co chcemy, tylko to co wypada.
Przyszedł czas na zmiany. Na początku możesz czuć dyskomfort- to naturalne. Jednak warto.
Powodzenia!

Zapraszam cię do komentowania, a jeżeli uważasz, że komuś przyda się to co tu napisałam to udostępnij ten post.

Copyright © 2016 Justyna Pettke , Blogger